Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie codzienne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie codzienne. Pokaż wszystkie posty

11.12.09

Dlaczego Haendel w dzisiejszym Meksyku nie miałby łatwego życia



Fontanny, wodotryski, kaskady i sztucznie rozplanowane strumyczki - czego chcieć więcej w tak upalnym klimacie, jaki przez większą część roku panuje w międzyzwrotnikowym Meksyku niczym władca absolutny w XVIII-wiecznej Anglii czy Prusach? Skoro już w XIII stuleciu Arabowie w Andaluzji łagodzili skutki razów słonecznego bata, znajdując wytchnienie nad wszelkiej maści oczkami wodnymi, to przybyli z Hiszpanii sporo czasu później pierwsi budowniczowie kolonialnego Miasta Meksyk nie mogli tą drogą nie pójść, prawda?


Nieprawda.


Żeby było jasne - Mexikowie sztukę budowy sztucznych konstrukcji "hydro" opanowali całkiem nieźle. W położonym na obrzeżach dzisiejszej stolicy Xochimilco pozakładali pływające ogrody uprawne, zwane chinampas - fenomen na skalę światową, stanowiący do dziś dużą atrakcję turystyczną i miejsce weekendowych wycieczek znużonych wielkomiejskim zgiełkiem mieszkańców DF.



Zaś z parku Chapultepec (dosł. Wzgórze Koników Polnych - tytuł jak znalazł dla jakiegoś łzawego romansidła), gdzie stał pałac władców Mexico-Tenochtitlan, potem zaś choćby rezydencja wspominanych już Maksymiliana i Charlotte, a teraz znajdują się również liczne muzea, sala koncertowa i zoo, do centrum miasta doprowadzili akwedukt, dostarczający mieszkańcom czystą podówczas wodę ze wzgórzokonikopolnych źródeł.

A tak poza tym - naturalna sytuacja Mexico-Tenochtitlan prezentowała się z hydrologicznego punktu widzenia zgoła inaczej. Chinampas unosiły się bowiem na tafli jeziora Xochimilco, zaś spory obszar tego, co dziś stanowi co bardziej tłoczne i mniej bezpieczne dzielnice DF, znajdował się pod wodami jeziora Texcoco. Wszak legenda o założeniu imperium Mexików mówi o wyspie na jeziorze, i to wyspie zamieszkałej przez wodolubne węże. Poniżej wzięty z wikipedii schemat okolicznych akwenów w chwili przybycia Hiszpanów:




Jednakże wraz z rozrostem kolonialnego Miasta Meksyk kolejne chinampas zarastały bądź były zasypywane, a zurbanizowana plama rozlewała się po mapie okolicy, pochłaniając kolejne tereny zielone. Jezioro Xochimilco jest mniejsze, a po jeziorze Texcoco nie pozostał ni ślad. Obecne Miasto Meksyk to fenomen na skalę światową - gigantyczna metropolia niepołożona nad żadnym jeziorem, zatoką czy choćby rzeczułką. Zrozumiałe więc, że pojawienie się problemów z dostawami wody dla tych 25 milionów mieszkańców stolicy i przyległości było tylko kwestią czasu.

W porze deszczowej codziennie na miasto spada woda w ilości dwukrotnie przekraczającej jej dzienne zużycie przez mieszkańców. Nic to. Poza prywatnymi przedsięwzięciami na skalę wiadra nikt się łapaniem deszczówki nie trudni. Więcej - powstał gigantyczny system drenażu, odprowadzający wodę z opadów daleko poza miasto.
Jeżeli nie z nieba, to skąd? Ano z ziemi. Pompy ciągnące wody gruntowe zasysają coraz głębiej, powodując obniżanie się poziomu całego miasta. Osiadający gigant coraz bardziej naciska na podziemną sieć wodociągową. Rury pękają i przeciekają. Szacuje się, że nieszczelności w systemie powodują obecnie straty rzędu 40%. A że wody pod miastem się kończą, budowane są długaśne rurociągi, aby wodę do miasta sprowadzać z prowincji.

Drogie rury, by wodę z DF wyrzucić.
Jeszcze droższe rury, by wodę do DF przyciągnąć.

Nie radząc sobie z problemem, władze spychają odpowiedzialność na mieszkańców - w całym mieście straszą billboardy, wg. których bez drastycznej zmiany codziennych nawyków w lutym 2010 roku w Mexico City może zabraknąć wody. Ale już teraz zdarzają się "przerwy w dostawach", podczas których mieszkańcy z wiadrami pielgrzymują do podstawianych przez władze beczkowozów. Odgórne zalecenia limitują czas prysznica, nakazują wymianę sitek i kranów na węższe, zabraniają marnowania życiodajnego płynu na np. chałupnicze mycie samochodu. Wczoraj byłem w marisquerii. Zabierając się do krewetek, postanowiłem umyć ręce. Nic z tego. Jako alternatywę dla niemego kranu nad umywalką zaproponowano mi wiadro wody.

Pamiętajmy przy tym, że stołeczna kranówa - gdy jest - bije rekordy niskiej jakości. Do spożycia nadaje się po półgodzinnym gotowaniu, nie należy nią nawet myć owoców (chyba, że z płynem do naczyń). Również i ludzka skóra toleruje ją tak sobie - tzn. gdy się jest w DF, nic złego się nie dzieje, lecz wystarczy parodniowy wypad na prowincję, by odkryć, że pod tamtejszymi prysznicami ciało czuje się po prostu lepiej.

Mogę sobie tylko wyobrazić, jak frustrujące dla mieszkańców DF muszą być obserwacje czynione podczas wyjazdów w inne rejony Republiki. Gdy w Mexico City nie sposób czasami nawet umyć rąk, opisywana już przeze mnie Jalapa - stolica stanu Veracruz - może sobie pozwolić na udostępnianie darmowych źródełek z agua purificada - czyli wodą zdatną do picia.

Nie wiem, jak sytuacja się rozwinie. Nadal zdarza mi się łapać na beztroskim myciu naczyń pod wodą bieżącą, miast wpierw nagąbkować je płynem, a następnie, pod cienkim strumieniem, spłukać. Gdy grzeję wodę w boilerze, by wziąć prysznic, zastałą w rurach zimną wodę zbieram do wiadra - a nuż się przyda, choćby do spłukania toalety. Gdy w kranach sucho, zapuszcza się elektryczną pompę, która na zbiornik na dachu wciąga drogocenne litry z większej cysterny na podwórku. Jednak i ta nie jest bez dna...

Wracając do wrzuconego na początku Haendla - o ile jego "Water Music" doskonale nadaje się jako ilustracja do scenek rodzajowych z niegdysiejszego Miasta Meksyk, obecnie dawne symfonie jezior, strug i źródeł coraz bardziej ustępują hydrologicznej wersji 4'33" Johna Cage'a.

29.9.09

Kawalerskie życie na obczyźnie

czyli no news is good news.

Zadomowiłem się po prostu. Jakąś godzinkę temu przeprowadziłem się do mojego docelowego, ostatecznego (inszallah) pokoju, rytm tygodnia normują mi dni wolnego w poszczególnych knajpach, a większość aktywnej części doby spędzam na pisaniu lub czytaniu (chyba dobrze?).

Co do tekstu poprzednio wrzucanego (tego po hiszpańsku) - przychodziły sugestie typu Cortázar, Camus i temu podobne, co w sumie aż tak dalekie od rzeczywistości nie było, albowiem autor inspiracją był dla ich obu (i nie tylko). A nazywał się Franz Kafka. Ha. Po hiszpańsku nie tyle dla zmyły, ale dlatego, że po niemiecku nie czytam, a jakiś np. angielski koszmarnie trąciłby mi tłumaczeniem. A to, proszę, brzmi bardzo naturalnie.

Pojawiły się też apele o tematyce kulinarnej. Spieszę donieść, że i w tej kwestii dopracowałem się pewnej rutyny, którą - by popular demand - postaram się na dniach obfotografować. Ogólna zasada brzmi "jeśli dziś nie wtorek, to pijemy piwo z krewetkami", bo we wtorek knajpa z piwem z krewetkami jest zamknięta. We wtorek jemy więc buho (puchacza, 35 MXN), lechuzę (sowę, 38 MXN) lub Tekolote (to co powyżej, tylko po nahuatlańsku, 40 MXN). Składniki wyszczególnię na specjalne zamówienie. Poza wtorkiem - głównie różne morskie robale, coś a la "Ośmiornica po meksykańsku", "Filet z ryby nadziewany owocami morza", "talerz świeżych ostryg" itd. Okazuje się, że jest to nie tylko mocno tańsze od podobnych propozycji u nas, ale również od różnej maści steków. Wegetarianizm na razie mi nie grozi, ale z czasem - kto wie...

A, no i większość dzionków kończymy piña coladą, która w zależności od knajpy kosztuje od 40 do 65 MXN, co daje odpowiednio (a raczej zabiera i topi w studni nałogu) 8,60 i 14 PLN. Czyli droga na dno prosta i potoczysta, acz kokosami i ananasami wykładana.

Na koniec rzecz świeża, bo z dzisiaj. Miejscowi włodarze wykazali się inwencją i poczuciem humoru, zapewniając tym samym mieszkańcom Coyoacanu w owych ciężkich czasach sporo taniej rozrywki. Dzisiaj rano na przelotówce, która szerokością i natężeniem ruchu przypomina sadybski odcinek wisłostrady (a raczej jej połowy, bo tylko w jedną stronę), umieścili próg zwalniający. Czyn to zapewne byłby chwalebny i w dobrą stronę idący - jeno ekipa wylewająca progi to jedno, a ekipa malująca znaki "UWAGA PRÓG" to całkiem coś inszego. Efekt: długie godziny darmowego show, podczas którego kolejne pędzące samochody, autobusy i ciężarówki wyskakiwały w powietrze, względnie iskrzyły podwoziem o garb (w ramach zwieńczenia wieczoru iskry puścił także zasuwający radiowóz). Żeby było jeszcze ciekawiej - jakieś 25-30 m ZA progiem ustawiło się paru dowcipnych chłopaków z dzielnicy, którzy po każdym co efektowniejszym skoku podnosili do góry żółte, fluorescencyjne transparenty "¡OJO! ¡TOPE!" (czyli "UWAGA! PRÓG!). Ale że tutejsze pojazdy w większości i tak cieszą się bryłą aerodynamicznie zmodyfikowaną (= są poobijane jak cholera), to nikt się nie denerwował, a niektórzy po szczęśliwym lądowaniu wręcz chłopaków pozdrawiali. No, może z wyjątkiem tego jednego jedynego faceta, który postanowił zahamować, przez co po chwili z wielkim hukiem przyjął na bagażnik gościa jadącego za nim...


Wyszedłszy z przeziębienia nabytego w Jalapie, zaczynam nieśmiało planować następną wyprawę. Wstępnie rozważam trzy różne kierunki: 1. Cuernavaca/Tepoztlan; 2. Tlaxcala/Puebla/Cholula, 3. Północny Zachód (o sea, Jalisco-Colima, Tequila-Comala). Zobaczymy na co pozwolą środki, warunki klimatyczne i stopień rozleniwienia.

PS Jako bonus, co do poprzedniego posta się nie zmieścił, a wykonany został aparatem nieznanego acz uczynnego miejscowego - ladszafcik z Jalapy z Pico de Orizaba w tle:

28.8.09

A post with no reason

Czyli refleksje dość swobodne, na które okazji wcześniej nie było

Oddałem plan magisterki, zainkasowałem pierwszą wypłatę stypendium, w ten weekend minie miesiąc od chwili przyjazdu do Meksyku. Co w tak zwanym międzyczasie zauważyłem, zjadłem, o czym pogadałem?

  • Jak można się było spodziewać, w iluś miejscach (cukiernia, kawiarnia, taksówka) hasło "Polonia" wywołuje automatyczne skojarzenie "Wojtila". Ale z czym jeszcze jesteśmy kojarzeni? Otóż drugim najczęściej słyszanym nazwiskiem jest "Lato", jako że obecny prezes PZPN-u pod koniec swojej kariery zawodniczej kopał gałę właśnie na boiskach meksykańskich. W rozmowach z ludźmi bardziej wykształconymi pojawia się także ku miłemu zaskoczeniu Kieślowski - i to jako szerzej znany od Polańskiego. Następnym "naszym" elementem jest dość łatwo dostępna Wyborowa oraz Żubrówka. Zanim jednak zaczniemy fetować sukces eksportowy, należy wspomnieć, że trunki te dystrybuuje tutaj firma francuska. Czyli nam zostaje najwyżej satysfakcja. Ogólnie rzecz biorąc, Polska obecna jest w tutejszej świadomości chyba bardziej niż u Amerykanów - raz zdarzyło mi się co prawda usłyszeć pytanie "po jakiemu się w Polsce mówi?", lecz z drugiej strony w miejscowych księgarniach bez problemu można zaopatrzeć się w pokaźny zbiór publikacji Lema czy Mrożka, a w jednym antykwariacie natrafiłem wręcz na "Campesinos" by Ladislao Reymont.

  • Wieści z frontu kulinarnego: oswoiłem się już z papają, pitahayą, owocami kaktusa (nie mylić z nopalami, które są czymś a la liśćmi), guajabą w postaci pulque, guanabaną i zapotes jako smakiem lodów, ale wszystkie te małe odkryciątka są niczym w porównaniu z dwoma ostatnimi dniami, podczas których dane mi było zasmakować w tutejszych owocach morza. Doświadczenie trudno opisać. Może wystarczy, jak wspomnę, że wczoraj do ośmiornicy w tutejszych warzywach wychyliłem dwa puchary zawierające piwo z ostrym sosem i osiadłymi na dnie krewetkami? Może dla efektu dorzucę dzisiaj filet z miejscowej rybki z zapieczonymi w środku krewetkami i queso manchego? Chętnych zapraszam na degustację na miejscu. A co do tzw. zemsty Montezumy - wygląda na to, że legitymacja stypendysty-antropologa chroni mnie nawet przed nią.

  • W kwestiach polityczno-społecznych także zdążyłem się cokolwiek zorientować. Na początku lipca były wybory lokalne, które ludność potraktowała letnim moczem, "bo wszyscy wiedzą, że i tak niczego to nie zmieni". Wyjątkiem od zobojętniałych mas jest, rzecz jasna, środkowisko studenckie - UNAM rozpolitykowany jest do granic możliwości (momentalnie przypomnina się opis uniwersytetu San Marcos u MVL), dominuje oczywiście tendencja lewicowa, co chwila wiece w Auditorio Che Guevara, a drugim najpopularniejszym wzorem na koszulkach jest logo EZLN, które przegrywa tylko z będącą symbolem uniwersyteckiej drużyny piłkarskiej mordą pumy. Dodam jeszcze, że jakiekolwiek demonstracje na terenie miasta (a to pod czerwonymi sztandarami walczących o mieszkania, a to pod transparentami obrońców tradycyjnych ulicznych straganów rzemieślniczych tianguis) obstawiane są przez absurdalnie liczne siły policyjne. Ale gości z długą bronią to widać tutaj i przy wejściu do Starbucksa, i w Palacio de Bellas Artes (tak pieczołowicie pilnowana była akurat pierwsza latynoamerykańska wystawa Tamary Lempickiej), i przy każdym większym kiosku ruchu. Ot, prewencja. Być może jednak koniec końców potrzebna, bo codziennie (conocnie?) w całym DF "w okolicznościach tragicznych" - czyli napadach, strzelaninach, wypadkach drogowych itp. - ginie od pięćdziesięciu do stu osób. Jak wiadomo, istnieją dwie koncepcje policji: policja widoczna i policja skuteczna. Tutaj postanowiono zacząć od "niech nas zobaczą".

  • Pogoda: wyjście z domu w godzinach porannych niekiedy skłania do przemyśleń nad dłuższym rękawem. Nie jest to jednak kwestia zbliżającej się jesieni, a wypadkowa wysokości nad poziomem morza i godziny wschodu słońca (coś koło siódmej). Od jakiejś takiej pierwszej po południu robi się nieznośnie gorąco. Upał ustępuje koło czwartej-piątej, a niedługo potem zaczynają nadpływać szare, ciężkie chmury, z których w dziewięciu wypadkach na dziesięć przed świtem coś zdąży popadać. Mimo to cały kraj przejęty jest panującą ponoć suszą, wodę się racjonuje, wodę się oszczędza, wody - według billboardów - może zabraknąć już w lutym. Pożyjemy zobaczymy.

  • Tak zwane życie z miejscowymi: Ani razu nie spotkałem się jeszcze z jakąkolwiek nieprzyjazną reakcją; jeśli już, męczyła mnie najwyżej natarczywość niektórych straganiarzy czy sprzedawców. Bez względu na pochodzenie i wykształcenie, ludzie są bardzo ciekawi "innego", toteż przy zakupie głupich pączków czy mineralki zdarza mi się przysiąść na dwudziestominutową rozmowę. Strojem się jakoś szczególnie nie wyróżniam, ale i tak poznani już sklepikarze, kelnerzy i barmani rozpoznają mnie z daleka i witają uśmiechem. Bo "inny" od nich jestem, byłem tego świadomy przed przyjazdem i raczej nic z tym nie zrobię. Chociaż stopień dostrzeganej we mnie "inności" niekiedy możę zaskakiwać. Gdy trzy dni temu w biurze pisania podań panienka wypełniała mi na komputerze formularz migracyjny, początkowo, spojrzawszy na mnie, zaproponowała "blondyn, niebieskie oczy". Tja. Proponuję tak w ogóle "biuściasta muzułmanka-wegetarianka".

  • Telewizja: mam w mieszkaniu dostęp do jakiejś tutejszej kablówki, dającej programy z dużej części Ameryki Łacińskiej tudzież z USA. Przyznam, że oglądam rzadko, a jeśli już, to głównie rzeczy północnoamerykańskie. Z tutejszych programów (choć śledzę przede wszystkim transmisje z meczów, podczas których komentatorzy drą się, śpiewają i modlą, a piłkarze grają w piłkę i to nieźle - czyli dla przybysza z Polski zupełne novum) zdążyłem już jednak wychwycić parę obserwacji - jak na przykład to, że na podobieństwo Niemców czy Hiszpanów statystyczny Meksykanin ma znikome szanse poznać prawdziwy głos Bruce'a Willisa czy Jima Carrey'a, bowiem wszystko się tu dubbinguje. Inna rzecz - patriotyczna propaganda sukcesu, która pojawia się u nas przed wyborami z regularnością zaskakującej drogowców zimy, tutaj trwa na okrągło. Co drugą-trzecią przerwę reklamową usłyszymy podniosły ton lektora, który informuje, że dzięki działaniom panów senatorów/rządu federalnego/Quetzalcoatla/Niewidzialnej Ręki Rynku udało się w ostatnim miesiącu ograniczyć przestępczość/nakarmić ileś dzieci/zebrać ileś kwintali z hektara. Są też wersje nawołujące do działania, gdzie uśmiechnięci obywatele Meksyku (prawie wyłącznie biali i o ponadprzeciętnej prezencji) chwalą się na przykład wyrobioną sobie legitymacją wyborczą (jest coś takiego, oddzielny dokument uprawniający do głosowania) czy skorzystaniem z innego rządowego dobrodziejstwa, zachęcając przy tym telewidzów, by postąpili tak samo.

  • Tutejsze wiewiórki są czarne.
Jutro wybieram się do Teotihuacan, ale też niczego nie obiecuję, bo z obiektywnych przyczyn parę wcześniejszych prób pozostało na etapie planów. No i cały czas czytam, piszę, a także w pocie czoła znajduję czas na intensywne dolce far niente, czego sobie i Państwu życzę. Na "do widzenia" wrzucając parę zrobionych tu fotek bez tematu wiodącego. Tegotygodniowi szczęśliwcy to: Jezus Bez Głowy, Palma, Marszałek Josip Broz Tito, Fontanna-Parasol oraz wyprzedzający wszystkich o parę długości Baunsujący Olmek. Gratulujemy wygranej.

24.8.09

Rzeczy, które kupisz w Meksyku jadąc metrem (+ bonus)

Jak już kiedyś wspominałem, tutejsze metro zdecydowanie zasługuje, by mu się bliżej przyjrzeć. Podziemny Sistema de Transporte Colectivo, który po dwóch latach budowy zainaugurowano we wrześniu 1969 roku, liczy obecnie ponad dwieście kilometrów torów, przy których znajduje się 175 stacji, obsługujących 11 różnych linii. Sto sześć przystanków znajduje się pod ziemią, pięćdziesiąt trzy - na powierzchni, zaś szesnaście - na podniesionych ponad poziom ulicy platformach. Ocenia się, że w ubiegłym roku dziennie kolejka przewoziła ponad cztery miliony pasażerów. Tyle wikipedia. Dla ciekawych - oto schemat sieci połączeń. Na uwagę zasługuje dość duża liczba stacji przesiadkowych.

Dość liczb, czas na wrażenia:
  • Metro w Mexico City nie jeździ, jak zwykły to czynić wszystkie szanujące się pociągi, na stalowych kołach, lecz na gumowych oponach. Zwiększa to co prawda koszta codziennej eksploatacji (tarcie), ale sprawdza się w wypadku różnic wysokości tudzież terenów aktywnych sejsmicznie. No i przy prędkościach, które motorniczy czasami rozwijają, zwykłe pociągi nie tyle by podskakiwały, co wylatywały z szyn.
  • Metro w Mexico City jest najtańszym tego typu systemem komunikacyjnym na świecie - jednorazowy bilet kosztuje 2 pesos, czyli 0,44 PLN. Wiem, miało być bez liczb - ale też nie są to nominały zbytnio przytłaczające, n'est-ce pas? Co więcej, z biletem takim mijamy bramkę na stacji, gdzie wsiadamy, po czym jeździmy ile tylko chcemy: do końca linii, z powrotem, z przesiadką, z kolejną przesiadką, aż nam się znudzi. Poza biletami jednorazowymi istnieją też karty, w których wyrabianiu sensu raczej nie widzę, bo nie są okresowe, a po prostu pozwalają na określoną liczbę przejazdów. Starałem się rozkminić tajemnicę tak skrajnie niskich cen biletów i doszedłem do wniosku, że wynika to z faktu, iż kasowniki na bramkach bilety pożerają. Czyli kartoniki są zapewne wielorazowego użytku. Rodzimych lekkometroatletów rodem ze stacji Służew uprzedzam - w przeskakiwaniu przez bramki może nieco przeszkodzić pilnujący ich policjant z ostrą bronią.
  • Metro kształci, w tym i w nahuatl. I nie chodzi mi tutaj o wystawy na poszczególnych stacjach, choć i te bywają interesujące, a o zaprojektowane z myślą o indiańskich analfabetach piktogramy towarzyszące nazwom poszczególnych stacji. Przystanek "Coyoacan" zdobi więc wizerunek kojota, "Juarez" - profil meksykańskiej wersji Obamy sprzed stu pięćdziesięciu lat, "Etiopia" - lew, a "Zapata" - wąsaty gość w sombrero i z pasami amunicji. No dobrze, a gdzie ten nahuatl? Ano na stacjach "Chilpancingo" - wg. jednej z interpretacji "małe gniazdo os", "Chapultepec"- "konik polny" (a dosłownie "owad, co zasuwa jak piłeczka z kauczuku") czy "Pantitlan" - "między flagami" (chodzi o dwie flagi, jakie Meszikowie w celach nawigacyjnych umieścili w znajdującym się tam niegdyś jeziorze Texcoco). Oprócz tego, każdej linii metra przyporządkowano też, rzecz jasna, osobny kolor.
  • Żeby nie było zbyt wesoło - metro w Mexico City ma też swoje minusy. O ile w iluś miastach świata zejście pod ziemię w upalny dzień wiąże się z poczuciem ulgi, tutaj zjeżdżamy do przedpiekla. Jest niesamowicie gorąco, duszno, lepko, w większości wypadków tłoczno, a stoiska gastronomiczne w przejściu pod Rondem Dmowskiego w porównaniu z tutejszą infrastrukturą tego typu skromnie leżą i kwiczą. Kupimy tu toniki na wszelkie dolegliwości, kawałek buły z sosem spod szyldu Domino's Pizza, najnowsze tabloidy ze zdjęciami wczorajszych ofiar porachunków przestępczych i podpisami typu "szedł kupić marchewkę, ale nie zdążył", książki, płyty, blaszane zegarki, pierzaste koguciki itd. Największy hardkor zaczyna się jednak w chwili wepchania się do wagonu (który w chwili wjazdu na stację staje się obiektem zmasowanego szturmu spokojnie do tej pory oczekujących podróżnych). Nie chciałbym jechać tutejszym metrem na kacu. Gdy tylko pociąg rusza, rozlega się profesjonalnie wyćwiczony i świdrujący okrzyk: "Señores Pasajeros, les traigo a venta (X), (Y) pesos les vale, (Y) pesos les cuesta!", gdzie towarem X mogą być gumy do żucia, rolki taśmy klejącej, pirackie płyty mp3 typu "150 światowych przebojów w aranżacji na okarynę i krowi dzwonek", filmy dvd, zaskakująco popularne w Meksyku poradniki samodoskonalenia, lizaki, Biblia-audiobooki i wszystko, czego dusza pasażera zapragnie. A jako że PT Klienci nie lubią kupować kota w worku, całość połączona jest z prezentacją - facet ma na sobie plecaczek, w nim gigantyczny głośnik, zaś w jednej z dłoni pilota. I dawaj robić wielodecybelowy preview oferowanych na płycie wspaniałości! Zdarzają się też wersje jeszcze bardziej multimedialne, bo z ekranikiem do podglądu DVD. Ceny? od 1 peso za gumę do żucia do 10 peso za płyty lub książki. Nierzadko zdarza się, że w jednym wagonie naraz odchodzi dystrybucja pirackich płyt, pastylek na nieświeży oddech i - powiedzmy - gąbeczek do zmywania. Kiedyś powinienem się zdobyć na inwestycję socjologiczną i przejechać całą trasę jednej linii, kupując po jednym produkcie od każdego sprzedawcy. Zastanawiam się, czy wyszedłbym z metra o własnych siłach.
Metro jest rozległe, lecz że miasto ogromne, z wielu okolic do stacji trzeba by drałować z buta. Tutaj ratuje nas kolejny lokalny fenomen, a mianowicie minibusiki peseras, kursujące po mniej więcej stałych trasach, za mniej więcej znane stawki i bez określonych przystanków, za to z otwartymi drzwiami, przez które na rogu ulicy można wskoczyć bądź wyskoczyć. Droższe to trochę niż metro, ale konkretny przebieg trasy można wynegocjować, a hasło "przystanek na żądanie" nabiera tu głębszego sensu, bo wystarczy (z ulicy) zamachać bądź (z wnętrza) krzyknąć bajo! (wysiadam!).


Jeszcze jednym środkiem lokomocji są taksówki, relatywnie tanie (o ile z włączonym taksometrem, a nie podług fantazji p. kierowcy) i - przy zachowaniu pewnych reguł - bezpieczne. Cenę za kurs możemy ustalić na starcie, a jeśli jedziemy wedle licznika, przed wycieczką po całym mieście uchroni nas najprostszy nawet blef w stylu "potem skręca pan w lewo w Av. Insurgentes, prawda?" - i nie ważne, że nie mamy pojęcia, gdzie jesteśmy, a na kolanach trzymamy atlas Warszawy, Łomianek czy Grzybów Jadalnych. Rzecz jasna, gdy tanecznym krokiem wytaczamy się o bolesnej godzinie z lokalu, najsensowniejszym wyjściem jest zamówić taksówkę przez telefon lub poprosić o to kogoś z knajpy. Dzięki temu nikt nie poczyta sobie o nas w poniedziałkowym tabloidzie.
Poniżej - najpopularniejszy tu model taksówki oraz łapiący się w kadr zad pesery.


=================
A teraz obiecany bonus i psychotest w jednym:

Pomijając napis na czarno,
ILE WIDZISZ WYRAZÓW?



Odpowiedzi prosimy przysyłać gońcem. Decyduje data jego imienin.


Wpis krajoznawczo-informacyjny, a co tymczasem u mnie? Obecnością na zajęciach zainaugurowałem barbarzyński, zaczynany w sierpniu rok akademicki. Poza tym dzięki magicznej legitce Instytutu wożę się darmowo po kolejnych muzeach i wystawach. W zeszłą niedzielę planowaliśmy ze współlokatorem-rodakiem uderzyć na Tenochtitlan, lecz piątkowo-sobotnie badania terenowe nad stanem meksykańskiego gorzelnictwa pokrzyżowały nam nieco plany. Tlalocowi niech będą dzięki za awokado z solą, albowiem porannym nazajutrz stawia na nogi. W tę niedzielę zwiedziłem zaś Museo del Templo Mayor (to ta świątynia, której już nie ma, a ruiny której przypadkiem "odkryli" w latach 70. tuż obok katedry na Zócalo) oraz Plaza de las Tres Culturas w Tlatelolco, o którym też coś napiszę, ale może bliżej rocznicy. Pooglądałem też trochę tutejszej telewizji, która także zasługuje na oddzielną notkę. A, no i czytałem i pisałem. O pisaniu coś powiem, jak z niego coś wyjdzie (aj hołp), a co do czytania - polecam "Other Voices, Other Rooms" Trumana Capote. Ale w komentarzach ani słowa o fabule, bo jeszcze nie doczytałem. No, to tyle. Hasta Rasta Siedemnasta.