Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jedzenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jedzenie. Pokaż wszystkie posty

6.5.10

Na czym to ja stanąłem...

Zanim zlecenie natury zawodowej pochłonęło mnie bez reszty, udało mi się zrelacjonować - ponoć dość sucho i beznamiętnie - pierwszą część pobytu w Stanach, zostawiając Szanownych Czytelników na obrzeżach San Antonio, pośród ruin hiszpańskiej placówki misyjnej. Dużo wody w Ryjo Grande od tamtego czasu upłynęło, niemniej postaram się rzeczone zaległości nadrobić.

Po San Antonio przyszedł czas na Boże Narodzenie w możliwie polskiej atmosferze w malutkiej miejscowości in the middle of nowh- ...in the middle of Texas. Był barszcz, prezenty, karp, prezenty, choinka i prezenty, a wieziony z Meksyku ananas ze szklonej gliny jakimś cudem dojechał bez szwanku. Pierwszego dnia świąt, gdy większość domowników wybrała się do kościoła, mir leniwego poranka zakłóciła mi dopukująca się do okna sowa.



Z co ciekawszych wrażeń turystyczno-krajoznawczych: z San Antonio dostałem się tam Greyhoundem. Postronnemu obserwatorowi może się Greyhound wydać po prostu lokalną wersją pekaesów, rozsławioną w wielu amerykańskich filmach z lat 40. i późniejszych. O ile jednak sam autobus z chartem na burcie niczym szczególnym się nie wyróżniał, o tyle współtowarzysze podróży nie mogli w pamięć nie zapaść. W dość gęsto obsadzonym pojeździe byłem jednym z czterech przedstawicieli rasy co jaśniejszej - na pozostałą trójkę składali się kierowca oraz dwie dziewczyny wracające na święta z pewnego miejsca odosobnienia. Ogólnie rzecz ujmując, czułem się mniej swojo niż nieswojo. Podróż minęła jednak bez komplikacji, a przy okazji mogłem wsłuchać się w leniwy, rozlany, melodyjny akcent mieszkańców amerykańskiego Południa. Brakowało tylko śpiewów naprawiających drogę więźniów - ale to dlatego, iż pozwalniani do domu więźniowie siedzieli parę miejsc dalej w tym samym autobusie.

Houston: To nie jest kraj dla pieszych ludzi

Ewakuowawszy się ze świątecznej wysepki polskości, podobnym autokarem dostałem się do Houston, gdzie również dane mi było skorzystać z uprzejmej gościny krewnych i znajomych Królika. Houston - największe miasto Teksasu - to zupełne przeciwieństwo drugiego w kolejności San Antonio. Plamą wielką niczym wyciek BP w Zatoce rozlewa się na bagnistych wybrzeżach stanu, kryjąc w swej wielkomiejskiej tkance największy port przeładunkowy USA, zakłady przeróbki ropy naftowej, a także ośrodek NASA, który przyszło mi pod koniec pobytu zwiedzić. O ile po San Antonio najwygodniej poruszać się piechotą, niekiedy tylko wspierając się dobrze zorganizowaną siecią transportu publicznego, to w Houston bez samochodu nie istniejesz. Jakiś czas temu, pomimo masowych sprzeciwów nieufnych wobec takich nowinek mieszkańców, włodarze miejscy postanowili uruchomić tam jedną linię tramwajową. Z wyżyn swoich pickupów i SUVów lokalni kierowcy klęli w żywy kamień, zżymając się na takie marnotrawstwo publicznych pieniędzy. Co więcej, trochę trwało, nim przyswoili metody funkcjonowania szynowego dziwoląga - a przede wszystkim fakt, iż wymuszanie pierwszeństwa na tramwaju skutkuje co najmniej wizytą u blacharza.
Zarazem trzeba też przyznać, że chodzenie po Houston nie ma zbytnio sensu. Pełne wieżowców downtown w weekendy pustoszeje, a między kolosami ze szkła i stali hula jeno wiatr. Można się co prawda wybrać do kina czy teatru, ale na miejsce tętniące życiem niczym rynek Coyoacanu, Riverwalk w San Antonio czy choćby Nowy Świat się nie natknąłem.



W mojej osobistej subiektywnej opinii Houston do San Antonio się nie umywa. That being said, trzeba zarazem przyznać, że parę atrakcji też można tam znaleźć. W trakcie krótkiego pobytu udało mi się odwiedzić tak ośrodek NASA - Johnson Space Center, jak i zakotwiczony w pobliżu pola bitwy San Jacinto (to tam, gdzie ostatecznie Sam Houston pobił Meksykanów) pancernik USS Texas, którego stępkę położono 99 lat temu. Okręt uczestniczył w obu wojnach światowych, wspierając między innymi lądujących w Normandii oraz na Okinawie i Iwo Jimie. Raz na miesiąc organizowane jest zwiedzanie całego okrętu, połączone z noclegiem w hamaku pod pokładem. Mnie dane było zwiedzić tylko część jednostki, ale i tak byłem z tego powodu bardzo szczęśliw. Wrażenie zrobiła na mnie dalekowzroczność projektantów pancernika - choć budowano go w latach 1911-1914, pozostawiono wystarczająco dużo przestrzeni, by w późniejszym okresie swobodnie wprowadzać elementy wyposażenia podówczas jeszcze nieznane. Jest więc sala operacyjna z prawdziwego zdarzenia, jest wyrzutnia hydropłatu tudzież takie perełki, jak jedna z pierwszych maszyn do nalewania coca-coli. Umieszczone na dziobie kwatery oficerskie dobitnie zaś ukazują, że w szeregach walczących w obronie demokracji marynarzy równości jako takiej nie było. Poniżej - dwa ujęcia z centrum NASA, które wydało mi się trochę zbyt komercyjne, turystyczne i patriotyczne (czyli nastawione na klientów z kategorii "Jak będę duży to polecę w kosmos ku chwale Ameryki!") oraz parę kadrów z pancernika:







Z Houston, po noworocznym wypadzie do Nowego Orleanu, któremu poświęcę ostatni wpis okołojankeski, udałem się w potwornie męczącą drogę powrotną do Meksyku, co oznaczało dwie przesiadki, niemalże 24 godziny, a już po przyjeździe do Mexico City kołowrót biurokratyczny z amerykańskimi władzami imigracyjnymi. Rzecz jasna, pobytu w Teksasie nie mogłem zamknąć inaczej niż sześciusetgramowym stekiem z miejscowej krowy, ozdobionym kilkoma zielonymi szparagami:




Powoli przegrzebuję się przez historię antyczną. Tymczasem - maj w Meksyku zaczął się niemiłosiernymi upałami i smogiem. Nie mogę się doczekać pory deszczowej. Do Europy wracam za niespełna trzy miesiące - liczę, że znajdę chwilę, by zajrzeć jeszcze do trupa zwanego magisterką, a także odwiedzić parę fajnych miejsc. Z poczuciem połowicznie spełnionego kronikarskiego obowiązku idę sobie wypić Pacifico albo dwa.

11.10.09

varia & kulinaria

Dziś krótko - dwie nowe knajpy i jeden nie aż tak apetyczny element krajobrazu. Zacznijmy może od gastronomii:

Przy podstawowym placu Coyoacanu zlokalizowałem chińską knajpę, a właściwie chińsko-meksykańską "restaurację inną niż wszystkie", z plastikowymi wnękami a la McDo. Jedzenie zaskakująco dobre, a do tego co tydzień jakaś szczególna oferta - "festiwal sznycla", "festiwal łaty wołowej" (tłumaczenie dosłowne, po tutejszemu brzmi o niebo lepiej) itp itd. No i w ofercie dorzucają jarzynkę, zupę (np. sopa de tortilla, która jest zjawiskiem zjawiskowym) tudzież szklankę agua de sabor, czyli po naszemu kompotu, ino na bazie świeżych pomarańczy czy czegoś w podobie.

Druga knajpa to nieco wyższa półka (po schodach na pięterko), z widokiem na rzeczony plac, w fajnym drewnie i trochę rustykalnym wystroju. Dobre strony - jedzenie, widok, nie byle jakie bo południowo-zachodnie okna, no i brak tłumów charakterystycznych dla kapkę tańszych jadłodajni (u chińczyka była kolejka po stolik). Strona gorsza - wymuszanie 10% napiwku w rachunku za taką sobie obsługę (tzn. pani nawet i bardzo miła, ale dwa razy umoczyła rękaw w podawanym daniu, a do tego później starała się wyrwać mi talerz zabezpieczony, wydawałoby się, skrzyżowanymi sztućcami). No i pewne braki w napitkach (limonada ya no hay, podobnież jak i białego lub rosado na kieliszki, ostałem się przy szklance czerwonego stołowego "de Francia" i marki "Francia").


Ale najważniejszym w tym wypadku było samo danie - a mianowicie chiles en nogada, na które wg. wikipedii sezon się już skończył, a wg. stanu faktycznego - dopiero co rozpoczął. Połączenie to mocno intrygujące (m.in. papryka, orzechy, mleko, mięso, owoce, granat) i z punktu widzenia halachy trefne, ale zdecydowanie ewentualnego grzechu warte. W ramach elementu cokolwiek bardziej swojskiego danie główne poprzedziłem całkiem przyzwoitą zupą cebulową, przez co papryka z całym dobrodziejstwem inwentarza wydała się jeszcze słodsza. Póki sezon, na pewno jeszcze się na coś podobnego skuszę.


Żeby nie było za dobrze, wrzucam na koniec inne odkrycie ostatnich dni. Lump to miejscowy bardzo charakterystyczny, charyzmatyczny a aromatyczny, którego przy niekorzystnym kierunku wiatru nozdrza wychwytują szybciej niż zoom aparatu. Enjoy:



Jeszcze jedna nowina z frontu kulinarnego: usatysfakcjonowany tutejszymi sznyclami, plany sporządzenia schabowego wraz z zakupioną już bułką tartą odłożyłem na półkę. Pod wpływem pokutującej w lodówce półpaczki nopali w solance odezwała się jednak we mnie żyłka odkrywcy - jako że młode kaktusy na upartego przypominają trochę nasze ogórki, za 120 pesos nabyłem flaszkę naszej rodzimej Wyborowej, z którą postaram się je sukcesywnie wykończyć. W zagryzkowym podorędziu mam jeszcze cebulę i tortille. Życzcie powodzenia.

PS: Tak swoją drogą, to ile teraz u nas taka Wyborowa kosztuje?

5.10.09

Wiewiórki, Rivera i kulinaria

W piątek przed południem udałem się do pobliskiego parku Viveros, chcąc wybadać grunt pod ewentualne poranne bieganie. Zewnętrzny pierścień ścieżek wysypano czymś w rodzaju mączki i rzeczywiście biegać się da (tylko trzeba chcieć). Moją uwagę przykuły jednak nie warunki terenowe, a wiewiórki. Muchas wiewiórkas, i to bezczelne. Po jakimś półgodzinnym fotosafari dotarłem do bram parku, przy których gość sprzedawał niełuskane fistaszki (torebka 5 pesos). Niedługo potem zostałem brutalnie opadnięty:




Wyczołgawszy się spod wiewiórek (które błyskawicznie opróżniły rzeczoną torebkę fistaszków, jednocześnie zapełniając pamięć aparatu), postanowiłem ruszyć się poza dzielnicę. Przez chwilę myślałem nad rocznicowym wybraniem się na Tlatelolco, gdzie 39 lat temu, na dwa tygodnie przed otwarciem rozgrywanych tutaj Igrzysk Olimpijskich, władza dokonała masakry protestujących studentów. Jednak sam plac wraz z pomnikiem widziałem już wcześniej (zdjęć nie wrzucam, bo takie same jak w Wikipedii), a wybitnie nie miałem ochoty na wsłuchiwanie się w okolicznościowe speeche z mównicy. Swoją drogą, Plac Trzech Kultur spłynął krwią jeszcze zanim został Placem Trzech Kultur nazwany - Tlatelolco, przedhiszpański ośrodek ceremonialno-targowy, które pozostałości zwiedzać można do dziś, stanowił bowiem końcowe stanowisko oporu Cuauhtemoca, ostatniego władcy Tenochtitlan. Pod informującą o tym tablicą zastałem te parę tygodni temu dość ciekawą ceremonię, w swej żywiołowości mocno kontrastującą z dość martwą o tej porze bryłą sąsiadującego kościoła:

Ale przecież miałem pisać o piątku po wiewiórkach.

Zdałem sobie sprawę, że właśnie mijają dwa miesiące od wizyty w muzeum Fridy - a bilet do tegoż upoważnia też do wstępu do Anahuacalli, domu-muzeum Diego Rivery. I to właśnie przez mniej więcej dwa miesiące od daty kupna. Wsiadłem więc w taryfę i powiozłem się na opłotki Coyoacanu, gdzie kojoty zadami szczekają, a taksówkarze kluczą bezradnie. Warto było:

Anahuacalli to coś w rodzaju opus magnum Rivery; miejsce, które zaprojektował i wykonał z myślą o swojej prekolumbijskiej pasji, pełne rzeźb z przeróżnych zakątków Meksyku (co ciekawe, pominął przy tym kulturę Majów - od niej zaczerpnął za to elementy samej architektury wnętrza), rozmieszczonych na trzech poziomach, odpowiadających w ogólnych zarysach zaświatom (przez które wchodzimy), życiu codziennemu oraz niebiosom. Cały budynek powstał ze skał wulkanicznych, zaś świetliki-witraże w sferze "piekielnej" Rivera sporządził z prześwitującego kamienia (cuyo nombre no puedo acordarme). To nie w muzeum antropologicznym, a właśnie tutaj zauważyć można wielkie zróżnicowanie kanonów artystycznych i sposobów postrzegania świata - co innego figurki czy maski z Teotihuacan, co innego rzeźby olmeckie, wreszcie czymś absolutnie odmiennym są przedmioty wykonane przez mieszkańców Północnego Zachodu. Sam uważam, że fotografowanie eksponatów za szybami nie ma zbyt dużego sensu, niemniej wrzucam zdjęcia chociaż dwóch spośród wielu zatrzymujących uwagę dziełek: jedno to facet, którego zaraz coś zaraz pewnie zje, drugie - lekcja anatomii doktora Tulpa w wersji prekolumbijskiej (choć ma też coś w sobie z ostatniej wieczerzy).


Koniec końców przyszła pora coś wszamać. Wybudziwszy się z dwutygodniowego letargu, w trakcie którego stołowałem się tylko po knajpach (w tym jednej arabskiej, gdzie przygotowany po berberyjsku kuskus z mięchem wyrwał mnie niemal trzy lata w przeszłość), postanowiłem udziergać coś z kupionej uprzednio piersi kurczaka. Oprószona pieprzem i oregano, wrzucona na patelnię z plastrami świeżego ananasa i banana oraz czterema gatunkami orzechów (w tym jakieś maczane w miodzie) przyjęła postać słodkiej, apetycznej i chrupiącej, acz może zbyt monochromatycznej potrawki. Do tego piwko Pacifico. Wrzucam zdjęcie, zastrzegając przy tym - smakuje i pachnie o wiele lepiej niż wygląda:


Jako że mięska starczyło na dwa dni, a orzechy i banany się skończyły, zaryzykowałem duszenie kurczaka w cebuli, ananasie i nopalach. Efekt, przy akompaniamencie solonego awokado i tortilli z pszenicy, nawet całkiem niezły.


Z kolei wczoraj w ramach menú del día ośmiornicę po meksykańsku poprzedziłem popularną tu zupą z kwiatów dyni i grzybów, której co prawda nie obfotografowałem, ale która okazała się bardzo smaczna.

Nadchodzi moment, by znowu powrzucać coś do torby/plecaka i wyrwać się cokolwiek dalej ze stolicy. Nadchodzi też moment, by wziąć się wreszcie za pisanie/czytanie/myślenie okołomagisterskie. Ale październik tak słoneczny i z temperaturami w ciągu dnia około trzydziestki działa niezbyt mobilizująco. Venceremos?

29.9.09

Kawalerskie życie na obczyźnie

czyli no news is good news.

Zadomowiłem się po prostu. Jakąś godzinkę temu przeprowadziłem się do mojego docelowego, ostatecznego (inszallah) pokoju, rytm tygodnia normują mi dni wolnego w poszczególnych knajpach, a większość aktywnej części doby spędzam na pisaniu lub czytaniu (chyba dobrze?).

Co do tekstu poprzednio wrzucanego (tego po hiszpańsku) - przychodziły sugestie typu Cortázar, Camus i temu podobne, co w sumie aż tak dalekie od rzeczywistości nie było, albowiem autor inspiracją był dla ich obu (i nie tylko). A nazywał się Franz Kafka. Ha. Po hiszpańsku nie tyle dla zmyły, ale dlatego, że po niemiecku nie czytam, a jakiś np. angielski koszmarnie trąciłby mi tłumaczeniem. A to, proszę, brzmi bardzo naturalnie.

Pojawiły się też apele o tematyce kulinarnej. Spieszę donieść, że i w tej kwestii dopracowałem się pewnej rutyny, którą - by popular demand - postaram się na dniach obfotografować. Ogólna zasada brzmi "jeśli dziś nie wtorek, to pijemy piwo z krewetkami", bo we wtorek knajpa z piwem z krewetkami jest zamknięta. We wtorek jemy więc buho (puchacza, 35 MXN), lechuzę (sowę, 38 MXN) lub Tekolote (to co powyżej, tylko po nahuatlańsku, 40 MXN). Składniki wyszczególnię na specjalne zamówienie. Poza wtorkiem - głównie różne morskie robale, coś a la "Ośmiornica po meksykańsku", "Filet z ryby nadziewany owocami morza", "talerz świeżych ostryg" itd. Okazuje się, że jest to nie tylko mocno tańsze od podobnych propozycji u nas, ale również od różnej maści steków. Wegetarianizm na razie mi nie grozi, ale z czasem - kto wie...

A, no i większość dzionków kończymy piña coladą, która w zależności od knajpy kosztuje od 40 do 65 MXN, co daje odpowiednio (a raczej zabiera i topi w studni nałogu) 8,60 i 14 PLN. Czyli droga na dno prosta i potoczysta, acz kokosami i ananasami wykładana.

Na koniec rzecz świeża, bo z dzisiaj. Miejscowi włodarze wykazali się inwencją i poczuciem humoru, zapewniając tym samym mieszkańcom Coyoacanu w owych ciężkich czasach sporo taniej rozrywki. Dzisiaj rano na przelotówce, która szerokością i natężeniem ruchu przypomina sadybski odcinek wisłostrady (a raczej jej połowy, bo tylko w jedną stronę), umieścili próg zwalniający. Czyn to zapewne byłby chwalebny i w dobrą stronę idący - jeno ekipa wylewająca progi to jedno, a ekipa malująca znaki "UWAGA PRÓG" to całkiem coś inszego. Efekt: długie godziny darmowego show, podczas którego kolejne pędzące samochody, autobusy i ciężarówki wyskakiwały w powietrze, względnie iskrzyły podwoziem o garb (w ramach zwieńczenia wieczoru iskry puścił także zasuwający radiowóz). Żeby było jeszcze ciekawiej - jakieś 25-30 m ZA progiem ustawiło się paru dowcipnych chłopaków z dzielnicy, którzy po każdym co efektowniejszym skoku podnosili do góry żółte, fluorescencyjne transparenty "¡OJO! ¡TOPE!" (czyli "UWAGA! PRÓG!). Ale że tutejsze pojazdy w większości i tak cieszą się bryłą aerodynamicznie zmodyfikowaną (= są poobijane jak cholera), to nikt się nie denerwował, a niektórzy po szczęśliwym lądowaniu wręcz chłopaków pozdrawiali. No, może z wyjątkiem tego jednego jedynego faceta, który postanowił zahamować, przez co po chwili z wielkim hukiem przyjął na bagażnik gościa jadącego za nim...


Wyszedłszy z przeziębienia nabytego w Jalapie, zaczynam nieśmiało planować następną wyprawę. Wstępnie rozważam trzy różne kierunki: 1. Cuernavaca/Tepoztlan; 2. Tlaxcala/Puebla/Cholula, 3. Północny Zachód (o sea, Jalisco-Colima, Tequila-Comala). Zobaczymy na co pozwolą środki, warunki klimatyczne i stopień rozleniwienia.

PS Jako bonus, co do poprzedniego posta się nie zmieścił, a wykonany został aparatem nieznanego acz uczynnego miejscowego - ladszafcik z Jalapy z Pico de Orizaba w tle:

9.9.09

na gorąco, los días del fútbol

Jak parę osób zdążyło może zauważyć, na dniach wyjaśnia się, które z reprezentacji w piłkę kopaną przyszłoroczny początek wakacji spędzą w Afryce Południowej, a które będą mogły pojechać sobie na grzyby. Nie inaczej jest też po tej stronie Atlantyku - Meksyk, który w chwili mojego tu przyjazdu znajdował się na czwartym miejscu w grupie, za USA, Kostaryką i Hondurasem, w sobotę pokonał w San José drużynę "ticos", dziś zaś podejmował na opisywanym już Estadio Azteca drużynę Hondurasu, w której w drugiej połowie nieźle udzielał się znany z gieksy Bełchatów Carlo Costly. Rezultat:


Wcześniej miałem jednak wątpliwą przyjemność obejrzenia/wysłuchania relacji ze słoweńskiego występu naszych bohaterskich kopaczy. Jeśli kogoś to ominęło, oto napotkany dziś na ścianie blaszon, świetnie wyrażający wrażenie, jakie zrobili:


Ci, którzy wynik znają, zapewne też wiedzą, że jeden niemłody pan wywalił w związku z tym drugiego pana, od siebie starszego. I tu ciekawostka - prezes Lato ostatnie lata zawodowej kariery piłkarskiej (1982-84) spędził w tutejszym Atlante Cancún, strzelając przy tym piętnaście goli. Z kolei Leo Beenhakker, drugi bohater dzisiejszego dramatu (farsy?), w latach 1994-95, 1996 oraz 2004-05 prowadził tutejszą stołeczną drużynę América tudzież Pasiaste Kozy z Guadalajary. Czyli miałem przynajmniej punkt zaczepienia, wylewając żale przed bracią kelnersko-taksówkarską.

Przy okazji wrzucam też zdjęcie wspominanego uprzednio piwa con maric... camarones (w pucharze solą okraszonym), a także - bez konkretnej przyczyny - dwóch kościotrupów zdobiących pewną lubianą knajpkę. Jeden z nich jest nieostry, ale za to ma nad głową logo coca-coli, czyli niesie przesłanie prozdrowotne:
.

Najbliższy wtorek to tutejsze święto niepodległości, nie mam więc zajęć i może wyskoczę na parę dni nad któreś z upragnionych mórz. Myślałem nad wypadem na południe połączonym z wizytą w Gwatemali, ale na drodze stanął mi tutejszy MSZ, który uważa, że powinienem pisać pracę, a nie się szlajać po obcych stronach, więc za przekroczenie granicy kraju przed upływem paru miesięcy od przyjazdu grozi anulowaniem jednej transzy stypendium. Jakby komuś w najbliższym czasie bardzo zależało na zdjęciach z Gwatemali, Salwadoru czy Hondurasu, z Chęcią podam numer konta, pod którym można w zastępstwie tutejszego rządu taki wyjazd mi sfinansować. Z innej beczki: w najbliższym czasie wrzucę na bloga dwa teksty - jeden mój, po naszemu i tutejszy, drugi zaś nie mój, dość od czapy i po hiszpańsku - z zadaniem odgadnięcia autora. Tymczasem, borem-lasem.

Edit: Posta opublikowawszy, zauważyłem nietuzinkowość dzisiejszej daty. Wszelkie wnioski wolne i szybkie, (roz)skojarzenia i doświadczenia z mijającym dniem mile widziane. Z niecodziennych obserwacji mogę tylko wspomnieć o spotkanej około dziewiątej wieczorem parze młodych gejów, którzy na miejskim skwerku ćwiczyli dość długie sekwencje baletowe.

3.9.09

Wycieczek na "T" ciąg dalszy

Choć w komentarzach nadal świerszcze i cykady tylko słychać, to zauważyłem, że liczba obserwatorów bloga rośnie w tempie geometrycznym. Co mnie raduję. Oto więc następny kąsek, a nuż nowinę rozniesiecie i jeszcze parę owieczek tu przybędzie.

W minioną sobotę wyprawiłem się do Teotihuacan - "Miejsca, Gdzie Ludzie Stają Się Bogami, A Turyści Zostawiają Pełno Kasy". Nie pisałem wcześniej, gdyż albowiemż chciałem relację wrzucić razem z inną wycieczką - tejże dokonałem wczoraj, zapuszczając się do Tuli. Więc teraz mogę opisać. Je. Obie.

Teotihuacan to prawdopodobnie najbardziej kojarzona miejscówa prehiszpańska w Meksyku - rywalizować z nią może najwyżej majowskie Chichen Itza. Położone jest na północny wschód od Mexico City (coś jak Wołomin od Warszawy, może trochę dalej), powstało na długo przed Mexico-Tenochtitlan (największy rozkwit: IV-VII wiek n.e.), koło X wieku zostało opuszczone, a ludzie przenieśli się m.in. w rejon obecnej stolicy kraju. Ocenia się, że w szczytowym okresie miasto zamieszkiwało około dwustu tysięcy obywateli. To, co zostało do dziś, to przede wszystkim niesamowity kompleks świątynny - motywów religijnych tu co niemiara, co daje nieco wypaczony obraz ówczesnego miasta, bo to tak, jakby odkopany za tysiące lat Rzym oceniać po Watykanie. Bardzo wiele osiągnięć i elementów kultury Teotihuacan przeszło następnie do Tenochtitlan, nierzadko za pośrednictwem Tolteków (zamieszkałych w Tuli, o której później). Wśród różnych teorii na temat konstrukcji kompleksu wymienia się, rzecz jasna, wysoce naukowe pomysły z gatunku "lądowisko dla spodków kosmicznych", mających tyle wspólnego z rzeczywistością, co odczytywanie Pałacu Kultury jako niegdysiejszej gigantycznej drapaczki dla dinozaurów.

Tyle wiedzy ogólnej, czas na relację:

Z Miasta M. można się do Teotihuacan zabrać autokarem turystycznym z przewodnikiem - przyjemność wyniesie nawet i 500 pesos (ponad stówę naszych), no bo przecież po drodze zapewne zatrzymamy się przy wspaniałych stoiskach z unikalnymi produktami miejscowego rękodzieła, made in china, one dollar, special price, dywan w wielbłądy. Szczęściem, jedynie domniemuję, bo sam dotarłem na miejsce zupełnie inaczej.

Można bowiem ruszyć się metrem do dworca Autobuses del Norte bądź krańcowej stacji Indios Verdes, skąd autobus rejsowy (acz z przystankami w miasteczkach po drodze) zawiezie nas za 33 pesos. Jak mówi mądrość ludowa, "Nie widzę żadnej różnicy, więc dłuższe życie każdej pralki to Cal-GON". O algo así.

Pogoda trafiła mi się jak ślepej kurze narko, bo słońca tego dnia było dość zachmurne, a powietrzem dawało się oddychać - co pozwoliło nie paść na serce/płuca/ryj podczas wspinaczki na obie teotihuakańskie piramidy. Choć ostrzegali, że peligro dla osób z wadami serca. Co tam - jestem hardkorem, weszłem (i niczego nie urwałem).
Na miejscu spotkałem też (przy okazji "sorry, photo, photo?") parę przemiłych Rosjan z Samary (d. Kujbyszew), a dzięki szczątkowej znajomości mowy ościennej udało mi się załapać na darmowy transport do Mexico City ich wypożyczonym samochodem, a także na niewyobrażalnie sycącą kolację z owoców morza, zapijanych wspominanym piwem z krewetkami. I choć moi towarzysze świecili trochę wcale niebrzydkim srebrem z Taxco, gdzie byli parę dni wcześniej, tudzież białymi skarpetkami pod sandały, to zdecydowanie pozytywnie wpłynęli na moją ocenę zjawiska tzw. Nowych Ruskich. Mówili po angielsku, trochę po hiszpańsko-włosku, a do tego to, co mówili, miało nawet sens. Czyli podróże kształcą.
Poniżej parę fociszy z Teotihuacan (te, na których widać me lico - courtesy of Denis & Tania from Samara) i zapraszam na dalszą część wycieczki, czyli Tulę. Coś mnie ostatnio trzepnęło, że wszelkie moje dotychczasowe wyprawo-zwiedzania - Taxco, Tlatelolco, Tenochtitlan (Templo Mayor), Tenotihuacan, Tula - mają się jakoś tak alfabetycznie ku sobie. W kolejce czekają jeszcze np. Toluca czy Tlaxcala, potem może odważę się zaatakować inny odcinek indeksu. A zaraz - druga odsłona odcinka, dzisiaj wciąż sponsorowanego przez literkę "T".



Witam po przerwie, niniejszym Tula.

Tula (Tollan, dosł. wśród sitowia, za tłumaczenie nie ręczę, bo wikipedia, a nie zapomniany nahuatl własny) - ostoja Tolteków, założona w IX wieku, rozkwit w X, upadek w XII (dewastacja przez plemiona Chichimeków+podbój przez Azteków), matecznik ideologiczny całej genealogicznej otoczki imperium Mexików - rządził tu ponoć sam Quetzalcoatl, który zakazywał składania ofiar z ludzi, a gdy frakcja jemu przeciwna wygnała go, poszedł sobie (w towarzystwie bóstwa-arcywroga imieniem Tezcatlipoca), doszedł nad morze i zniknął, stając się gwiazdą Wenus. Nadzieje związane z jego zapowiadanym powrotem doprowadziły do przyjaznego powitania brodatego stwora nazwiskiem Cortés, który jakiś czas później pojawił się na wybrzeżu wraz ze zgrają jemu podobnych. A, o wędrówce ludów z mitycznego Aztlan przez między innymi Tulę do Chapultepec opowiada kodeks Boturini (znany też jako Tira de la Peregrinación), którego kopię wymalowano w postaci muralu w centrum miasteczka. Myślałem, żeby tylko zapodać linka do jakiejś galerii w necie, ale ku mojemu zdziwieniu takowej nie znalazłem. To macie, the best of:

Po upadku Teotihuacan to właśnie Tula przejęła dużą część tamtejszego dziedzictwa kulturowego, które następnie przeszło do Tenochtitlan po zajęciu tolteckiego ośrodka przez Mexików. Mówi się także o kontaktach Tolteków z Majami - świadczyć o tym mają ewidentne podobieństwa między Tulą a Chichen-Itza. O Majach wiem żałośnie mało, więc się nie wypowiem, w każdym razie jeśli to prawda, to był to nie lada wyczyn zważywszy, iż z Tuli w rejony tradycyjnie majowskie jest okrutnie daleko.
Dzień, który wybrałem na Tulę, był co prawda mocno słoneczny, ale i tak było bardzo fajnie, bo na miejscu byłem przez większość czasu absolutnie sam - szkolny rok się tutaj zaczął, a wycieczki w okolicę czynią głównie Meksykanie. Zanim dotarłem do ruinek, pozachwycałem się trochę okolicznościami przyrody (mimo tabliczki "uwaga żmije" żadnej nie udało mi się napotkać). Po archeo-zachwytach zeszedłem do miasteczka, gdzie po raz pierwszy zdecydowałem się na spróbowanie chiles rellenos (czyli czili nadziewanych serem, kurczakiem i czymś jeszcze), aczkolwiek gdybym chciał, wśród miejscowych przysmaków były także smażone robaki (słynne gusanos de maguey, które żyją w agawach, a które znaleźć można w niektórych gatunkach miejscowego bimbru - mezcalu). A skoro jesteśmy już przy kulinariach - na dworcu autobusowym pochłonąłem też pierwszego tamala con mole y pollo. Ku mojemu rozczarowaniu, będące istotą tamales liście kukurydzy lub banana NIE są do jedzenia.
Poniżej trochę zdjęć z Tuli:






Oddałem projekt investigación, zainkasowałem pierwsze stypendium, a następnie spocząłem na kaktusach. Może wraz z wrześniem najdzie mnie niebawem poczucie obowiązku, to coś znowu udziergam. No a tak poza tym czytam, piszę i angażuję się w nieswoje prace magisterskie i niemagisterskie, które nierzadko budzą we mnie entuzjazm o wiele większy aniżeli moja własna. A skoro już tu jestem, to przy okazji zareklamuję bloga powierzchnieplaskie.blogspot.com, którego co uważniejsi badacze strony zdążyli już może zauważyć w linkach, a na którym, prócz różnych wspaniałości odautorskich, pojawiają się także egzempla street-artu z Mexico City, dostarczane przeze mię. No a poza tem współautorce wyżej wspomnianego zawdzięczam łypiący na Was znad strony banner, za który jeszcze raz dziękuję.