Fontanny, wodotryski, kaskady i sztucznie rozplanowane strumyczki - czego chcieć więcej w tak upalnym klimacie, jaki przez większą część roku panuje w międzyzwrotnikowym Meksyku niczym władca absolutny w XVIII-wiecznej Anglii czy Prusach? Skoro już w XIII stuleciu Arabowie w Andaluzji łagodzili skutki razów słonecznego bata, znajdując wytchnienie nad wszelkiej maści oczkami wodnymi, to przybyli z Hiszpanii sporo czasu później pierwsi budowniczowie kolonialnego Miasta Meksyk nie mogli tą drogą nie pójść, prawda?
Nieprawda.
Żeby było jasne - Mexikowie sztukę budowy sztucznych konstrukcji "hydro" opanowali całkiem nieźle. W położonym na obrzeżach dzisiejszej stolicy Xochimilco pozakładali pływające ogrody uprawne, zwane chinampas - fenomen na skalę światową, stanowiący do dziś dużą atrakcję turystyczną i miejsce weekendowych wycieczek znużonych wielkomiejskim zgiełkiem mieszkańców DF.
Zaś z parku Chapultepec (dosł. Wzgórze Koników Polnych - tytuł jak znalazł dla jakiegoś łzawego romansidła), gdzie stał pałac władców Mexico-Tenochtitlan, potem zaś choćby rezydencja wspominanych już Maksymiliana i Charlotte, a teraz znajdują się również liczne muzea, sala koncertowa i zoo, do centrum miasta doprowadzili akwedukt, dostarczający mieszkańcom czystą podówczas wodę ze wzgórzokonikopolnych źródeł.
A tak poza tym - naturalna sytuacja Mexico-Tenochtitlan prezentowała się z hydrologicznego punktu widzenia zgoła inaczej. Chinampas unosiły się bowiem na tafli jeziora Xochimilco, zaś spory obszar tego, co dziś stanowi co bardziej tłoczne i mniej bezpieczne dzielnice DF, znajdował się pod wodami jeziora Texcoco. Wszak legenda o założeniu imperium Mexików mówi o wyspie na jeziorze, i to wyspie zamieszkałej przez wodolubne węże. Poniżej wzięty z wikipedii schemat okolicznych akwenów w chwili przybycia Hiszpanów:
Jednakże wraz z rozrostem kolonialnego Miasta Meksyk kolejne chinampas zarastały bądź były zasypywane, a zurbanizowana plama rozlewała się po mapie okolicy, pochłaniając kolejne tereny zielone. Jezioro Xochimilco jest mniejsze, a po jeziorze Texcoco nie pozostał ni ślad. Obecne Miasto Meksyk to fenomen na skalę światową - gigantyczna metropolia niepołożona nad żadnym jeziorem, zatoką czy choćby rzeczułką. Zrozumiałe więc, że pojawienie się problemów z dostawami wody dla tych 25 milionów mieszkańców stolicy i przyległości było tylko kwestią czasu.
W porze deszczowej codziennie na miasto spada woda w ilości dwukrotnie przekraczającej jej dzienne zużycie przez mieszkańców. Nic to. Poza prywatnymi przedsięwzięciami na skalę wiadra nikt się łapaniem deszczówki nie trudni. Więcej - powstał gigantyczny system drenażu, odprowadzający wodę z opadów daleko poza miasto. Jeżeli nie z nieba, to skąd? Ano z ziemi. Pompy ciągnące wody gruntowe zasysają coraz głębiej, powodując obniżanie się poziomu całego miasta. Osiadający gigant coraz bardziej naciska na podziemną sieć wodociągową. Rury pękają i przeciekają. Szacuje się, że nieszczelności w systemie powodują obecnie straty rzędu 40%. A że wody pod miastem się kończą, budowane są długaśne rurociągi, aby wodę do miasta sprowadzać z prowincji.
Drogie rury, by wodę z DF wyrzucić. Jeszcze droższe rury, by wodę do DF przyciągnąć.
Nie radząc sobie z problemem, władze spychają odpowiedzialność na mieszkańców - w całym mieście straszą billboardy, wg. których bez drastycznej zmiany codziennych nawyków w lutym 2010 roku w Mexico City może zabraknąć wody. Ale już teraz zdarzają się "przerwy w dostawach", podczas których mieszkańcy z wiadrami pielgrzymują do podstawianych przez władze beczkowozów. Odgórne zalecenia limitują czas prysznica, nakazują wymianę sitek i kranów na węższe, zabraniają marnowania życiodajnego płynu na np. chałupnicze mycie samochodu. Wczoraj byłem w marisquerii. Zabierając się do krewetek, postanowiłem umyć ręce. Nic z tego. Jako alternatywę dla niemego kranu nad umywalką zaproponowano mi wiadro wody.
Pamiętajmy przy tym, że stołeczna kranówa - gdy jest - bije rekordy niskiej jakości. Do spożycia nadaje się po półgodzinnym gotowaniu, nie należy nią nawet myć owoców (chyba, że z płynem do naczyń). Również i ludzka skóra toleruje ją tak sobie - tzn. gdy się jest w DF, nic złego się nie dzieje, lecz wystarczy parodniowy wypad na prowincję, by odkryć, że pod tamtejszymi prysznicami ciało czuje się po prostu lepiej.
Mogę sobie tylko wyobrazić, jak frustrujące dla mieszkańców DF muszą być obserwacje czynione podczas wyjazdów w inne rejony Republiki. Gdy w Mexico City nie sposób czasami nawet umyć rąk, opisywana już przeze mnie Jalapa - stolica stanu Veracruz - może sobie pozwolić na udostępnianie darmowych źródełek z agua purificada - czyli wodą zdatną do picia.
Nie wiem, jak sytuacja się rozwinie. Nadal zdarza mi się łapać na beztroskim myciu naczyń pod wodą bieżącą, miast wpierw nagąbkować je płynem, a następnie, pod cienkim strumieniem, spłukać. Gdy grzeję wodę w boilerze, by wziąć prysznic, zastałą w rurach zimną wodę zbieram do wiadra - a nuż się przyda, choćby do spłukania toalety. Gdy w kranach sucho, zapuszcza się elektryczną pompę, która na zbiornik na dachu wciąga drogocenne litry z większej cysterny na podwórku. Jednak i ta nie jest bez dna...
Wracając do wrzuconego na początku Haendla - o ile jego "Water Music" doskonale nadaje się jako ilustracja do scenek rodzajowych z niegdysiejszego Miasta Meksyk, obecnie dawne symfonie jezior, strug i źródeł coraz bardziej ustępują hydrologicznej wersji 4'33" Johna Cage'a.
Zadomowiłem się po prostu. Jakąś godzinkę temu przeprowadziłem się do mojego docelowego, ostatecznego (inszallah) pokoju, rytm tygodnia normują mi dni wolnego w poszczególnych knajpach, a większość aktywnej części doby spędzam na pisaniu lub czytaniu (chyba dobrze?).
Co do tekstu poprzednio wrzucanego (tego po hiszpańsku) - przychodziły sugestie typu Cortázar, Camus i temu podobne, co w sumie aż tak dalekie od rzeczywistości nie było, albowiem autor inspiracją był dla ich obu (i nie tylko). A nazywał się Franz Kafka. Ha. Po hiszpańsku nie tyle dla zmyły, ale dlatego, że po niemiecku nie czytam, a jakiś np. angielski koszmarnie trąciłby mi tłumaczeniem. A to, proszę, brzmi bardzo naturalnie.
Pojawiły się też apele o tematyce kulinarnej. Spieszę donieść, że i w tej kwestii dopracowałem się pewnej rutyny, którą - by popular demand - postaram się na dniach obfotografować. Ogólna zasada brzmi "jeśli dziś nie wtorek, to pijemy piwo z krewetkami", bo we wtorek knajpa z piwem z krewetkami jest zamknięta. We wtorek jemy więc buho (puchacza, 35 MXN), lechuzę (sowę, 38 MXN) lub Tekolote (to co powyżej, tylko po nahuatlańsku, 40 MXN). Składniki wyszczególnię na specjalne zamówienie. Poza wtorkiem - głównie różne morskie robale, coś a la "Ośmiornica po meksykańsku", "Filet z ryby nadziewany owocami morza", "talerz świeżych ostryg" itd. Okazuje się, że jest to nie tylko mocno tańsze od podobnych propozycji u nas, ale również od różnej maści steków. Wegetarianizm na razie mi nie grozi, ale z czasem - kto wie...
A, no i większość dzionków kończymy piña coladą, która w zależności od knajpy kosztuje od 40 do 65 MXN, co daje odpowiednio (a raczej zabiera i topi w studni nałogu) 8,60 i 14 PLN. Czyli droga na dno prosta i potoczysta, acz kokosami i ananasami wykładana.
Na koniec rzecz świeża, bo z dzisiaj. Miejscowi włodarze wykazali się inwencją i poczuciem humoru, zapewniając tym samym mieszkańcom Coyoacanu w owych ciężkich czasach sporo taniej rozrywki. Dzisiaj rano na przelotówce, która szerokością i natężeniem ruchu przypomina sadybski odcinek wisłostrady (a raczej jej połowy, bo tylko w jedną stronę), umieścili próg zwalniający. Czyn to zapewne byłby chwalebny i w dobrą stronę idący - jeno ekipa wylewająca progi to jedno, a ekipa malująca znaki "UWAGA PRÓG" to całkiem coś inszego. Efekt: długie godziny darmowego show, podczas którego kolejne pędzące samochody, autobusy i ciężarówki wyskakiwały w powietrze, względnie iskrzyły podwoziem o garb (w ramach zwieńczenia wieczoru iskry puścił także zasuwający radiowóz). Żeby było jeszcze ciekawiej - jakieś 25-30 m ZA progiem ustawiło się paru dowcipnych chłopaków z dzielnicy, którzy po każdym co efektowniejszym skoku podnosili do góry żółte, fluorescencyjne transparenty "¡OJO! ¡TOPE!" (czyli "UWAGA! PRÓG!). Ale że tutejsze pojazdy w większości i tak cieszą się bryłą aerodynamicznie zmodyfikowaną (= są poobijane jak cholera), to nikt się nie denerwował, a niektórzy po szczęśliwym lądowaniu wręcz chłopaków pozdrawiali. No, może z wyjątkiem tego jednego jedynego faceta, który postanowił zahamować, przez co po chwili z wielkim hukiem przyjął na bagażnik gościa jadącego za nim...
Wyszedłszy z przeziębienia nabytego w Jalapie, zaczynam nieśmiało planować następną wyprawę. Wstępnie rozważam trzy różne kierunki: 1. Cuernavaca/Tepoztlan; 2. Tlaxcala/Puebla/Cholula, 3. Północny Zachód (o sea, Jalisco-Colima, Tequila-Comala). Zobaczymy na co pozwolą środki, warunki klimatyczne i stopień rozleniwienia.
PS Jako bonus, co do poprzedniego posta się nie zmieścił, a wykonany został aparatem nieznanego acz uczynnego miejscowego - ladszafcik z Jalapy z Pico de Orizaba w tle:
Czyli zmiana planów. Drugiej części wpisu wycieczkowego nie będzie, bowiem zawrzeć ją można na wskroś lapidarnie - z Jalapy pojechałem do najbliższej miejscowości nadplażowej o dźwięcznej nazwie (Playa de) Chachalacas, gdzie spędziłem trzy dni na pływaniu w morzu, piciu piña colady, zagryzaniu owocami morza i grą w tutejszego bilarda z właścicielem hotelu. W ramach jedynego wypadu udałem się do ruin totonackiej stolicy w Zempoali. Niebawem dały o sobie znać konsekwencje deszczowych spacerów po Jalapie (jako że Upsarin się skończył, właśnie kupiłem sobie wapno musujące. Idzie ku dobremu), a w krótko po tym doszły do tego rozległe oparzenia słoneczne. Ale w sumie chyba było warto.
Dziś - jak ongiś zapowiadałem - wrzucam dwa teksty, jeden dłuższy i mój, jeden krótszy i niemój. W pierwszym wypadku wszelkie reakcje (zwłaszcza tych, którzy widzą go po raz pierwszy) mile widziane, w drugim podobnież, ale dochodzi jeszcze kwestia rozpoznania autora.
Aromaterapia
Doskonała biel pustej kartki raziła go w oczy. Mimo jednak najszczerszych wysiłków nie był w stanie bieli tej złamać choćby jednym dobrze rokującym zdaniem. Nie żeby czuł na sobie presję jakiegoś terminu czy zobowiązania – w żadnym wypadku, pisał wyłącznie sobie a muzom. A właściwie nie pisał, bo wspomniane muzy ociągały się cokolwiek ze świeżą porcją natchnienia. W przypływie desperacji spojrzał za okno i postanowił wyjść na krótki spacer, łudząc się, iż w po tysiąckroć przemierzonych już uliczkach napotka znienacka tak brakujący powiew inspiracji.
W popołudniowym słońcu meksykańskiego sierpnia asfalt parował lenistwem i obojętnością. Jaszczurki, które jeszcze rankiem pierzchałyby w przerażeniu, zostawiając za sobą porzucone ogony, teraz tylko spoglądały znudzone na stąpające po ścieżce ogrodu buty. Nawet zawisły u kielicha bugenwilli koliber zdawał się walczyć z ogarniającą go sennością. Cały świat pogrążył się w upalnym otępieniu i nic nie wskazywało, by przed wieczorem miał szansę się z niego otrząsnąć. Nie mając jednak nic do stracenia, autor nienapisanego opowiadania zamknął za sobą furtkę i bezrefleksyjnie ruszył w zielenie Coyoacanu.
Po kwadransie fastrygowania bliźniaczo podobnymi przecznicami dotarł do rozległego krytego targowiska, na którym skupiało się życie towarzyskie pokaźnej części mieszkańców dzielnicy. Zdobne tandetnymi zabawkami stoisko u wejścia do hali jawiło się być śluzą oddzielającą zatopione w letargu miasto od buzującego gniazda straganów i barów szybkiej obsługi. Z przebłyskiem nadziei na punkt narracyjnego zaczepienia autor dał się pochłonąć bazarowemu karnawałowi kolorów i zapachów, co chwilę zagadywany przez zachwalających swoje towary kupców, co chwilę wsłuchując się w gdakanie targujących się gospodyń domowych, co chwilę tortille, papaja, sery z Oaxaki, co chwilę opuncje, krewetki czy papryczki jalapeño, jak również wory cukierków do napełniania piñaty. Zanim się obejrzał, trzymał w garści torebkę z dorodnym owocem papai, a parę minut potem siedział już przy lekko lepiącym się blacie w oczekiwaniu na taco z wołowiną i nopalami, z wolna popijając butelkowany sok z mango. Karmił zmysły, lecz w całym tym cudownym harmidrze soczystych epitetów próżno było wyglądać historii, czegoś, co można by nie tylko opisać, ale i opowiedzieć. Zapłacił więc za jedzenie, wyszedł na ulicę i ruszył dalej przed siebie, niebawem docierając na przestronny acz sprawiający wrażenie przytulnego plac, gdzie w cieniu wiecznie zielonych drzew odświętnie ubrani emeryci dożywali swoich dni na białych rzeźbionych ławeczkach, dzieci szalały na deskorolkach, zaś nie do końca obeznani z zasadami ortografii przedstawiciele EZLN rozdawali nieporadnie zredagowane ulotki, jednocześnie handlując pirackimi kopiami płyt z muzyką i filmami. Ot, i kolejna prosząca się o plastyczny opis sceneria, pomyślał. Tylko do czego ów opis wpleść, jak go uzasadnić? Pustka. Ruszył więc w kierunku pobliskiej lodziarni, lecz jeszcze przed przekroczeniem jej progu napotkał przepraszające spojrzenie właścicielki. Zapotes no hay. Bo żeby były lody z zapotes, potrzebne są deszcze, a w kraju panuje susza. Machnął ręką i powlókł się na pobliską ławkę, skąd myślał poobserwować przechodniów i, kto wie, może wyłowić warty rozwinięcia zalążek fabuły.
W międzyczasie odwiedzone przezeń uprzednio targowisko zapełniło się jeszcze bardziej, nadeszła bowiem pora na główny przedwieczorny posiłek. Zarazem zmienił się charakter pulsującej tam wrzawy: zamiast ofert handlowych, słychać było krążące z furkotem plotki, a pochylone nad miskami pozole staruszki starały się przebić ze swymi słowami do znajomych na drugim końcu stołu, tkając istne wężowisko opowieści i wrażeń ze zmierzającego ku końcowi kolejnego dnia życia w największym mieście świata:
- (...) A stary don Rigoberto, ten, co prowadzi stoisko z rybami w drugiej alejce, a co to jego syn wpadł w złe towarzystwo, po raz kolejny zapowiedział, że zamyka interes i przeprowadza się na wieś pod Colimę. A co to, pani kochana, on myśli, że dzieciak mu się od tego zaraz grzeczny zrobi? Jeszcze gorzej będzie rozrabiał jak w stolicy, bo kto go tam by pilnował. A tu – wiadomo – zawsze policji więcej, no i trudniej coś tak zmalować, żeby potem uszło na sucho. Stary nie ma racji, ale weź mu, kochana, spróbuj coś wytłumaczyć. On w tym mieście diabła widzi, kiedy prawdziwy czort śpi u niego pod dachem. Ech, gdyby tak jeszcze żyła doña Florentina, ona by mu to z głowy wybiła. Ile to lat już będzie? Ze siedem? Wie pani, ja do dziś się boję na balkon wychodzić, chociaż solidny. Szwagier po politechnice wszystko posprawdzał. Żeby taki balkon w biały dzień wziął i się zarwał! Biedna kobiecina. To wnuczka mi mówiła, że w szkole ostatnio mieli opowiadanie jakiegoś Urugwajczyka czy Argentyńczyka, gdzie – pani patrzy – balkon odpadł ze ściany, bo chciał życie sobie odebrać. Balkon! Zrugałam małą od góry do dołu, że androny plecie, ale tak po prawdzie to najbardziej by się należało tej ich nauczycielce. Jak ja do szkoły chodziłam, to wierszyków uczyli nas na pamięć i dawali do czytania przyzwoite rzeczy, Galdosa czy „Maríę” Isaacsa, a nie jakieś dyrdymały o konopiach i farmach! No, ale ja gadam i gadam, a zupa mi stygnie. Do zobaczenia! Z Bogiem!
- (...) No i wie pan, przyszli dzisiaj do nich ci z inspekcji sanitarnej, bo słyszeli, że bracia Belmonte zepsute mięso sprzedają. Bracia Belmonte – zepsute mięso! Ja pamiętam, jak jeszcze ich ojciec wygrażał dostawcom, co to im zrobi, jak towar będzie nie taki. Ja te polędwice co sprzedawał to i na surowo bym opędzlował. Bez dwóch zdań, ktoś im robi koło pióra, pewnie tamte typy z supermarketu. Akurat im kontrola by się należała, bo jak żona kurczaka tam raz kupiła, to zmrożony na kamień był i połowa tego, co ważył, to była zamarznięta woda. A że coś jeszcze na mieście załatwiała, to jak jej zaczął się topić, torba była do wyrzucenia. Będzie pan łaskawy sól podać? Swoją drogą, strasznie badziewie teraz dają – kiedyś to było tak, że szybciej by kręgosłup człowiekowi od ciężaru trzasnął, niż by się torba urwała. Zamiast męczyć przyzwoitych ludzi, co mięso sprzedają, że ze świecą drugiego tak dobrego w mieście szukać, zajęliby się choćby takimi torbami. Albo tymi złodziejami, co wodę kradną, że potem nie ma. No bo do czego to podobne, że niby susza jest, jak co dzień po robocie wracam do domu w deszczu? Nic, tylko ktoś gdzieś ze zbiorników podbiera i czeka, aż naprawdę zacznie brakować, a wtedy zaraz zacznie sprzedawać za wielkie pieniądze – i willa nad Pacyfikiem gotowa.
- Słuchaj córuś, pani może i tak mówi, ale ile ta wasza pani ma lat? No właśnie. Wie tyle, ile sama w szkole usłyszała. A tak się składa, że twoja babcia mieszkała wtedy w Comali i zna całą tę historię z pierwszej ręki. Jak byłam w twoim wieku, słyszałam ją nieraz. Miasteczko jak miasteczko, może trochę ładniejsze od innych, ale niczym szczególnym się nie wyróżniało. Słuchaj, ale jedz. Mieszkał tam dość możny człowiek, nazywał się Pedro, miał ładny dom i stado bydła. Pewnego dnia w miejscowej gospodzie zatrzymał się przybysz z Jalisco imieniem Juanito. Osuszył w pojedynkę całą butelkę tequili, po czym zachciało mu się hazardu, toteż zaczął męczyć obecnego w knajpie Pedra, by ten rozegrał z nim parę partyjek w karty. Alkohol jednak zrobił swoje i Juanito szybko spłukał się do zera. Rozbawiony karczmarz przyglądał się tylko, gdy przybysz jak niepyszny opuścił gospodę i na zawsze wyjechał z miasteczka, poprzysięgając Pedrowi zemstę... skończyłaś już? Czekaj, doprosimy jeszcze wody owocowej. No więc po wielu latach w lokalnej gazecie ukazała się wiadomość, że w stolicy ukazała się książeczka o naszej Comali, która przedstawia miasteczko jako czyściec, jej mieszkańców sprowadza do rangi zjaw, a z samego Pedra czyni bezwzględnego tyrana, drania i potwora. Ot i zemsta Juanita. No więc uważaj, córuś, na to co czytasz, i nie wierz od razu w każdą historyjkę, choćby ją przedstawiała ci nauczycielka. No, wystarczy tego, zapłacę i idziemy do domu, muszę jeszcze podlać ogródek.
- (...) A dziękuję, bardzo dobrze! Kilka dni nie byłam, bo gościłam teściów, ale dzisiaj już musiałam przyjść, w końcu lodówkę trzeba kiedyś uzupełnić. Chciałam u głuchej Ramony kupić awokado, ale same twarde miała, a chętkę mam zjeść sobie jeszcze dzisiaj. No nic, może u tej blondynki będą, wie pani, tej co stragan po Hernandezach przejęła. Że drogo? Może i drogo, ale towar ma zawsze dobry. A poza tym Riki dostał nową robotę, wykańcza łazienki w wielkiej willi w Polanco – żeby pani widziała, co oni tam mają! Jakieś baseny, bicze wodne, cuda-wianki. Człowiek nawet by nie wiedział, jak z tego skorzystać. No, ale jak już o cenach rozmawiamy, to u don Rigoberta widziałam, że wszystko jakby podrożało, nawet te jego rachityczne śledziki. Że co, interes niby zwija? A tam, już parę razy się odgrażał, zobaczy pani – pogada, pogada i zostanie, a klienci bez szemrania będą płacić tyle, ile zażąda. Jego syn? Przesadza pani, dobry chłopak, tylko trochę niesforny, ale w tym wieku wszystkie tak mają. Jakby go wywiózł na tę swoją wieś, to by mu umarł z nudów. Co tam u męża? No, to dziękujmy Świętej Panience, że tym razem wreszcie udało mu się przejść. A jak się zadomowi, jedziecie do niego? Gdzie to jest, w Kalifornii?
Rozczarowany bezpłodnym spacerem autor kierował się już do domu, lecz przechodząc koło bazaru, o czymś sobie przypomniał. Było już dziesięć po szóstej, wszystkie wejścia poza tym na zapleczu były już pozamykane, a straganiarze zwijali majątek. Zanurkował w wykafelkowane korytarze, minął opuszczoną o tej porze część mięsną i po chwili dotarł do właściwego stoiska. Wąsaty i śniady sprzedawca uśmiechnął się do niego szeroko i podał leżący na blacie zapomniany pakunek z papają, która wydawała się jeszcze pełniejsza niż w chwili zakupu. Podziękowawszy, autor wycofał się tą samą drogą i wrócił do siebie.
Po wejściu do mieszkania osobliwe przeczucie sprawiło, że udał się bezpośrednio do kuchni. Wyjął długi, szeroki nóż i przepołowił dojrzały owoc. W ostatniej chwili. Gdyby poczekał do następnego dnia, bazarowe historie, którymi czekająca na niego papaja nasiąkła, zdążyłyby wyblaknąć i wyschnąć. Rozsmakowując się w zapachu nagromadzonych w owocu rozmów, usiadł do wciąż białej kartki i z marszu przystąpił do pisania.
Los que pasan de largo corriendo
Si salimos de noche a caminar por una calle y un hombre al que vemos desde lejos - porque la calle es empinada, y hay luna llena - corre hacia nosotros, no lo agarraremos, aunque sea débil y un granuja, ni siquiera cuando hay otro que corre gritando detrás de él. Lo dejaremos pasar.
Porque es de noche, y no es culpa nuestra que la calle ascienda ante nosotros bajo la luna llena. Además, tal vez esos dos hombres organizaron esta persecución para entretenerse. Quizás huyen de un tercero. Tal vez persiguen al primero a pesar de que es inocente. Acaso el segundo lo quiere matar, y seríamos culpables de complicidad en un asesinato. Tal vez no tienen ninguna relación entre sí, y cada uno de ellos está corriendo hacia su cama. También pueden ser sonámbulos. Tal vez el primero lleve armas.
Por último, ¿acaso no podemos estar cansados, haber bebido mucho vino? Nos alegramos de haber perdido de vista también al segundo hombre.
Nagród za rozpoznanie autora nie ma, więc apeluję o nieużywanie google'a i kierowanie się wrażeniem. Wspominanej wczoraj ewentualnej relacji z fiesty nie będzie, bo w ramach święta 16 września wszelkie obchody odbyły się dzień wcześniej. Logiczne jak wszystko dokoła.
Czyli refleksje dość swobodne, na które okazji wcześniej nie było
Oddałem plan magisterki, zainkasowałem pierwszą wypłatę stypendium, w ten weekend minie miesiąc od chwili przyjazdu do Meksyku. Co w tak zwanym międzyczasie zauważyłem, zjadłem, o czym pogadałem?
Jak można się było spodziewać, w iluś miejscach (cukiernia, kawiarnia, taksówka) hasło "Polonia" wywołuje automatyczne skojarzenie "Wojtila". Ale z czym jeszcze jesteśmy kojarzeni? Otóż drugim najczęściej słyszanym nazwiskiem jest "Lato", jako że obecny prezes PZPN-u pod koniec swojej kariery zawodniczej kopał gałę właśnie na boiskach meksykańskich. W rozmowach z ludźmi bardziej wykształconymi pojawia się także ku miłemu zaskoczeniu Kieślowski - i to jako szerzej znany od Polańskiego. Następnym "naszym" elementem jest dość łatwo dostępna Wyborowa oraz Żubrówka. Zanim jednak zaczniemy fetować sukces eksportowy, należy wspomnieć, że trunki te dystrybuuje tutaj firma francuska. Czyli nam zostaje najwyżej satysfakcja. Ogólnie rzecz biorąc, Polska obecna jest w tutejszej świadomości chyba bardziej niż u Amerykanów - raz zdarzyło mi się co prawda usłyszeć pytanie "po jakiemu się w Polsce mówi?", lecz z drugiej strony w miejscowych księgarniach bez problemu można zaopatrzeć się w pokaźny zbiór publikacji Lema czy Mrożka, a w jednym antykwariacie natrafiłem wręcz na "Campesinos" by Ladislao Reymont.
Wieści z frontu kulinarnego: oswoiłem się już z papają, pitahayą, owocami kaktusa (nie mylić z nopalami, które są czymś a la liśćmi), guajabą w postaci pulque, guanabaną i zapotes jako smakiem lodów, ale wszystkie te małe odkryciątka są niczym w porównaniu z dwoma ostatnimi dniami, podczas których dane mi było zasmakować w tutejszych owocach morza. Doświadczenie trudno opisać. Może wystarczy, jak wspomnę, że wczoraj do ośmiornicy w tutejszych warzywach wychyliłem dwa puchary zawierające piwo z ostrym sosem i osiadłymi na dnie krewetkami? Może dla efektu dorzucę dzisiaj filet z miejscowej rybki z zapieczonymi w środku krewetkami i queso manchego? Chętnych zapraszam na degustację na miejscu. A co do tzw. zemsty Montezumy - wygląda na to, że legitymacja stypendysty-antropologa chroni mnie nawet przed nią.
W kwestiach polityczno-społecznych także zdążyłem się cokolwiek zorientować. Na początku lipca były wybory lokalne, które ludność potraktowała letnim moczem, "bo wszyscy wiedzą, że i tak niczego to nie zmieni". Wyjątkiem od zobojętniałych mas jest, rzecz jasna, środkowisko studenckie - UNAM rozpolitykowany jest do granic możliwości (momentalnie przypomnina się opis uniwersytetu San Marcos u MVL), dominuje oczywiście tendencja lewicowa, co chwila wiece w Auditorio Che Guevara, a drugim najpopularniejszym wzorem na koszulkach jest logo EZLN, które przegrywa tylko z będącą symbolem uniwersyteckiej drużyny piłkarskiej mordą pumy. Dodam jeszcze, że jakiekolwiek demonstracje na terenie miasta (a to pod czerwonymi sztandarami walczących o mieszkania, a to pod transparentami obrońców tradycyjnych ulicznych straganów rzemieślniczych tianguis) obstawiane są przez absurdalnie liczne siły policyjne. Ale gości z długą bronią to widać tutaj i przy wejściu do Starbucksa, i w Palacio de Bellas Artes (tak pieczołowicie pilnowana była akurat pierwsza latynoamerykańska wystawa Tamary Lempickiej), i przy każdym większym kiosku ruchu. Ot, prewencja. Być może jednak koniec końców potrzebna, bo codziennie (conocnie?) w całym DF "w okolicznościach tragicznych" - czyli napadach, strzelaninach, wypadkach drogowych itp. - ginie od pięćdziesięciu do stu osób. Jak wiadomo, istnieją dwie koncepcje policji: policja widoczna i policja skuteczna. Tutaj postanowiono zacząć od "niech nas zobaczą".
Pogoda: wyjście z domu w godzinach porannych niekiedy skłania do przemyśleń nad dłuższym rękawem. Nie jest to jednak kwestia zbliżającej się jesieni, a wypadkowa wysokości nad poziomem morza i godziny wschodu słońca (coś koło siódmej). Od jakiejś takiej pierwszej po południu robi się nieznośnie gorąco. Upał ustępuje koło czwartej-piątej, a niedługo potem zaczynają nadpływać szare, ciężkie chmury, z których w dziewięciu wypadkach na dziesięć przed świtem coś zdąży popadać. Mimo to cały kraj przejęty jest panującą ponoć suszą, wodę się racjonuje, wodę się oszczędza, wody - według billboardów - może zabraknąć już w lutym. Pożyjemy zobaczymy.
Tak zwane życie z miejscowymi: Ani razu nie spotkałem się jeszcze z jakąkolwiek nieprzyjazną reakcją; jeśli już, męczyła mnie najwyżej natarczywość niektórych straganiarzy czy sprzedawców. Bez względu na pochodzenie i wykształcenie, ludzie są bardzo ciekawi "innego", toteż przy zakupie głupich pączków czy mineralki zdarza mi się przysiąść na dwudziestominutową rozmowę. Strojem się jakoś szczególnie nie wyróżniam, ale i tak poznani już sklepikarze, kelnerzy i barmani rozpoznają mnie z daleka i witają uśmiechem. Bo "inny" od nich jestem, byłem tego świadomy przed przyjazdem i raczej nic z tym nie zrobię. Chociaż stopień dostrzeganej we mnie "inności" niekiedy możę zaskakiwać. Gdy trzy dni temu w biurze pisania podań panienka wypełniała mi na komputerze formularz migracyjny, początkowo, spojrzawszy na mnie, zaproponowała "blondyn, niebieskie oczy". Tja. Proponuję tak w ogóle "biuściasta muzułmanka-wegetarianka".
Telewizja: mam w mieszkaniu dostęp do jakiejś tutejszej kablówki, dającej programy z dużej części Ameryki Łacińskiej tudzież z USA. Przyznam, że oglądam rzadko, a jeśli już, to głównie rzeczy północnoamerykańskie. Z tutejszych programów (choć śledzę przede wszystkim transmisje z meczów, podczas których komentatorzy drą się, śpiewają i modlą, a piłkarze grają w piłkę i to nieźle - czyli dla przybysza z Polski zupełne novum) zdążyłem już jednak wychwycić parę obserwacji - jak na przykład to, że na podobieństwo Niemców czy Hiszpanów statystyczny Meksykanin ma znikome szanse poznać prawdziwy głos Bruce'a Willisa czy Jima Carrey'a, bowiem wszystko się tu dubbinguje. Inna rzecz - patriotyczna propaganda sukcesu, która pojawia się u nas przed wyborami z regularnością zaskakującej drogowców zimy, tutaj trwa na okrągło. Co drugą-trzecią przerwę reklamową usłyszymy podniosły ton lektora, który informuje, że dzięki działaniom panów senatorów/rządu federalnego/Quetzalcoatla/Niewidzialnej Ręki Rynku udało się w ostatnim miesiącu ograniczyć przestępczość/nakarmić ileś dzieci/zebrać ileś kwintali z hektara. Są też wersje nawołujące do działania, gdzie uśmiechnięci obywatele Meksyku (prawie wyłącznie biali i o ponadprzeciętnej prezencji) chwalą się na przykład wyrobioną sobie legitymacją wyborczą (jest coś takiego, oddzielny dokument uprawniający do głosowania) czy skorzystaniem z innego rządowego dobrodziejstwa, zachęcając przy tym telewidzów, by postąpili tak samo.
Tutejsze wiewiórki są czarne.
Jutro wybieram się do Teotihuacan, ale też niczego nie obiecuję, bo z obiektywnych przyczyn parę wcześniejszych prób pozostało na etapie planów. No i cały czas czytam, piszę, a także w pocie czoła znajduję czas na intensywne dolce far niente, czego sobie i Państwu życzę. Na "do widzenia" wrzucając parę zrobionych tu fotek bez tematu wiodącego. Tegotygodniowi szczęśliwcy to: Jezus Bez Głowy, Palma, Marszałek Josip Broz Tito, Fontanna-Parasol oraz wyprzedzający wszystkich o parę długości Baunsujący Olmek. Gratulujemy wygranej.
Jak już kiedyś wspominałem, tutejsze metro zdecydowanie zasługuje, by mu się bliżej przyjrzeć. Podziemny Sistema de Transporte Colectivo, który po dwóch latach budowy zainaugurowano we wrześniu 1969 roku, liczy obecnie ponad dwieście kilometrów torów, przy których znajduje się 175 stacji, obsługujących 11 różnych linii. Sto sześć przystanków znajduje się pod ziemią, pięćdziesiąt trzy - na powierzchni, zaś szesnaście - na podniesionych ponad poziom ulicy platformach. Ocenia się, że w ubiegłym roku dziennie kolejka przewoziła ponad cztery miliony pasażerów. Tyle wikipedia. Dla ciekawych - oto schemat sieci połączeń. Na uwagę zasługuje dość duża liczba stacji przesiadkowych.
Dość liczb, czas na wrażenia:
Metro w Mexico City nie jeździ, jak zwykły to czynić wszystkie szanujące się pociągi, na stalowych kołach, lecz na gumowych oponach. Zwiększa to co prawda koszta codziennej eksploatacji (tarcie), ale sprawdza się w wypadku różnic wysokości tudzież terenów aktywnych sejsmicznie. No i przy prędkościach, które motorniczy czasami rozwijają, zwykłe pociągi nie tyle by podskakiwały, co wylatywały z szyn.
Metro w Mexico City jest najtańszym tego typu systemem komunikacyjnym na świecie - jednorazowy bilet kosztuje 2 pesos, czyli 0,44 PLN. Wiem, miało być bez liczb - ale też nie są to nominały zbytnio przytłaczające, n'est-ce pas? Co więcej, z biletem takim mijamy bramkę na stacji, gdzie wsiadamy, po czym jeździmy ile tylko chcemy: do końca linii, z powrotem, z przesiadką, z kolejną przesiadką, aż nam się znudzi. Poza biletami jednorazowymi istnieją też karty, w których wyrabianiu sensu raczej nie widzę, bo nie są okresowe, a po prostu pozwalają na określoną liczbę przejazdów. Starałem się rozkminić tajemnicę tak skrajnie niskich cen biletów i doszedłem do wniosku, że wynika to z faktu, iż kasowniki na bramkach bilety pożerają. Czyli kartoniki są zapewne wielorazowego użytku. Rodzimych lekkometroatletów rodem ze stacji Służew uprzedzam - w przeskakiwaniu przez bramki może nieco przeszkodzić pilnujący ich policjant z ostrą bronią.
Metro kształci, w tym i w nahuatl. I nie chodzi mi tutaj o wystawy na poszczególnych stacjach, choć i te bywają interesujące, a o zaprojektowane z myślą o indiańskich analfabetach piktogramy towarzyszące nazwom poszczególnych stacji. Przystanek "Coyoacan" zdobi więc wizerunek kojota, "Juarez" - profil meksykańskiej wersji Obamy sprzed stu pięćdziesięciu lat, "Etiopia" - lew, a "Zapata" - wąsaty gość w sombrero i z pasami amunicji. No dobrze, a gdzie ten nahuatl? Ano na stacjach "Chilpancingo" - wg. jednej z interpretacji "małe gniazdo os", "Chapultepec"- "konik polny" (a dosłownie "owad, co zasuwa jak piłeczka z kauczuku") czy "Pantitlan" - "między flagami" (chodzi o dwie flagi, jakie Meszikowie w celach nawigacyjnych umieścili w znajdującym się tam niegdyś jeziorze Texcoco). Oprócz tego, każdej linii metra przyporządkowano też, rzecz jasna, osobny kolor.
Żeby nie było zbyt wesoło - metro w Mexico City ma też swoje minusy. O ile w iluś miastach świata zejście pod ziemię w upalny dzień wiąże się z poczuciem ulgi, tutaj zjeżdżamy do przedpiekla. Jest niesamowicie gorąco, duszno, lepko, w większości wypadków tłoczno, a stoiska gastronomiczne w przejściu pod Rondem Dmowskiego w porównaniu z tutejszą infrastrukturą tego typu skromnie leżą i kwiczą. Kupimy tu toniki na wszelkie dolegliwości, kawałek buły z sosem spod szyldu Domino's Pizza, najnowsze tabloidy ze zdjęciami wczorajszych ofiar porachunków przestępczych i podpisami typu "szedł kupić marchewkę, ale nie zdążył", książki, płyty, blaszane zegarki, pierzaste koguciki itd. Największy hardkor zaczyna się jednak w chwili wepchania się do wagonu (który w chwili wjazdu na stację staje się obiektem zmasowanego szturmu spokojnie do tej pory oczekujących podróżnych). Nie chciałbym jechać tutejszym metrem na kacu. Gdy tylko pociąg rusza, rozlega się profesjonalnie wyćwiczony i świdrujący okrzyk: "Señores Pasajeros, les traigo a venta (X), (Y) pesos les vale, (Y) pesos les cuesta!", gdzie towarem X mogą być gumy do żucia, rolki taśmy klejącej, pirackie płyty mp3 typu "150 światowych przebojów w aranżacji na okarynę i krowi dzwonek", filmy dvd, zaskakująco popularne w Meksyku poradniki samodoskonalenia, lizaki, Biblia-audiobooki i wszystko, czego dusza pasażera zapragnie. A jako że PT Klienci nie lubią kupować kota w worku, całość połączona jest z prezentacją - facet ma na sobie plecaczek, w nim gigantyczny głośnik, zaś w jednej z dłoni pilota. I dawaj robić wielodecybelowy preview oferowanych na płycie wspaniałości! Zdarzają się też wersje jeszcze bardziej multimedialne, bo z ekranikiem do podglądu DVD. Ceny? od 1 peso za gumę do żucia do 10 peso za płyty lub książki. Nierzadko zdarza się, że w jednym wagonie naraz odchodzi dystrybucja pirackich płyt, pastylek na nieświeży oddech i - powiedzmy - gąbeczek do zmywania. Kiedyś powinienem się zdobyć na inwestycję socjologiczną i przejechać całą trasę jednej linii, kupując po jednym produkcie od każdego sprzedawcy. Zastanawiam się, czy wyszedłbym z metra o własnych siłach.
Metro jest rozległe, lecz że miasto ogromne, z wielu okolic do stacji trzeba by drałować z buta. Tutaj ratuje nas kolejny lokalny fenomen, a mianowicie minibusiki peseras, kursujące po mniej więcej stałych trasach, za mniej więcej znane stawki i bez określonych przystanków, za to z otwartymi drzwiami, przez które na rogu ulicy można wskoczyć bądź wyskoczyć. Droższe to trochę niż metro, ale konkretny przebieg trasy można wynegocjować, a hasło "przystanek na żądanie" nabiera tu głębszego sensu, bo wystarczy (z ulicy) zamachać bądź (z wnętrza) krzyknąć bajo! (wysiadam!).
Jeszcze jednym środkiem lokomocji są taksówki, relatywnie tanie (o ile z włączonym taksometrem, a nie podług fantazji p. kierowcy) i - przy zachowaniu pewnych reguł - bezpieczne. Cenę za kurs możemy ustalić na starcie, a jeśli jedziemy wedle licznika, przed wycieczką po całym mieście uchroni nas najprostszy nawet blef w stylu "potem skręca pan w lewo w Av. Insurgentes, prawda?" - i nie ważne, że nie mamy pojęcia, gdzie jesteśmy, a na kolanach trzymamy atlas Warszawy, Łomianek czy Grzybów Jadalnych. Rzecz jasna, gdy tanecznym krokiem wytaczamy się o bolesnej godzinie z lokalu, najsensowniejszym wyjściem jest zamówić taksówkę przez telefon lub poprosić o to kogoś z knajpy. Dzięki temu nikt nie poczyta sobie o nas w poniedziałkowym tabloidzie. Poniżej - najpopularniejszy tu model taksówki oraz łapiący się w kadr zad pesery.
================= A teraz obiecany bonus i psychotest w jednym:
Pomijając napis na czarno, ILE WIDZISZ WYRAZÓW?
Odpowiedzi prosimy przysyłać gońcem. Decyduje data jego imienin.
Wpis krajoznawczo-informacyjny, a co tymczasem u mnie? Obecnością na zajęciach zainaugurowałem barbarzyński, zaczynany w sierpniu rok akademicki. Poza tym dzięki magicznej legitce Instytutu wożę się darmowo po kolejnych muzeach i wystawach. W zeszłą niedzielę planowaliśmy ze współlokatorem-rodakiem uderzyć na Tenochtitlan, lecz piątkowo-sobotnie badania terenowe nad stanem meksykańskiego gorzelnictwa pokrzyżowały nam nieco plany. Tlalocowi niech będą dzięki za awokado z solą, albowiem porannym nazajutrz stawia na nogi. W tę niedzielę zwiedziłem zaś Museo del Templo Mayor (to ta świątynia, której już nie ma, a ruiny której przypadkiem "odkryli" w latach 70. tuż obok katedry na Zócalo) oraz Plaza de las Tres Culturas w Tlatelolco, o którym też coś napiszę, ale może bliżej rocznicy. Pooglądałem też trochę tutejszej telewizji, która także zasługuje na oddzielną notkę. A, no i czytałem i pisałem. O pisaniu coś powiem, jak z niego coś wyjdzie (aj hołp), a co do czytania - polecam "Other Voices, Other Rooms" Trumana Capote. Ale w komentarzach ani słowa o fabule, bo jeszcze nie doczytałem. No, to tyle. Hasta Rasta Siedemnasta.
Jak się okazało, maksyma "więcej szczęścia niż rozumu" ma się w moim wypadku dobrze. Jechałem praktycznie w ciemno, znalazłszy w ostatnim momencie hostel na cztery dni i pozyskawszy listę mieszkań/pokoi wynajmowanych studentom UNAM. Pierwsze lokum, które postanowiłem sprawdzić, znajdowało się na ulicy przylegającej do tej z hostelem. No i oto mam mieszkanie.
Gdy już załatwiłem sobie dach nad głową, wybrałem się trochę pozwiedzać. Dzielnica jest naprawdę przyzwoita, dwa kroki (w skali meksykańskiej) dzielą mnie od domu Fridy (i jej puszczalskiego, krągłych kształtów małżonka), kolejne półtora - od domu Trockiego. Bilet do domu Fridy upoważnia też do wejścia do Anahuacalli - domu-muzeum Diego Rivery, gdzie jeszcze się pojawić okazji nie miałem. Już jednak sama Casa Azul państwa Riverów robi wrażenie niesamowite. Wewnątrz, prócz zbieranych przez obydwoje małżonków okazów sztuki ludowej i prehispańskiej, napotkać można ciekawą kolekcję malowanych na blaszkach (?) obrazków wotywnych, głęboko osadzonych w tradycji meksykańskiej religijności, a ignorowanych przez właściwie wszystkich tutejszych prócz Fridy artystów. Wśród zachowanych (a po części niedawno dopiero odkrytych) listów mamy korespondencję z Einsteinem, Andé Gidem czy Frankiem Lloydem Wrightem (z tym ostatnim Rivera konsultował projekt Anahuacalli), zaś w znajdującej się w pracowni malarskiej biblioteczce m.in. wielki album Wita Stwosza. Kolejnym, dość wstrząsającym elementem wystroju są gorsety ortopedyczne Fridy, które sama sobie malowała i ozdabiała. Choćby lusterkami. W gorsecie Fridy Kahlo ujrzałem własną twarz. Ha - wyrwać z kontekstu i rozgryzać nocami.
Kilka uwag odnośnie samego domu: - Na obszernym a zielonym wewnętrznym podwórku wzniesiono niewielką piramidę schodkową, w chwili zwiedzania zajętą przez zdecydowanie zadomowionego tam kota. - Choć w chwili, gdy Frida i Diego tu zamieszkali, piecyki gazowe były już powszechnie dostępne, ich kuchnia opalana była w tradycyjny sposób, a oboje przywiązywali dużą wagę do kolekcjonowania tradycyjnych meksykańskich przepisów. - Dom przez parę ładnych miesięcy służył za pierwsze meksykańskie schronienie Trockiego, który w 1938 roku otrzymał od prezydenta Cardenasa azyl polityczny. Obok kolejno: przeszklona pracownia malarska, pani wyławiająca monety z oczka wodnego oraz sypialnia Fridy z umieszczoną na łóżku jej maską pośmiertną. Tak, nad łóżkiem lustro. Tak, nad łóżkiem szkielet. Tak, w nogach łóżka gorset. Tak, lekkie brrr przechodzi.
Po domu Fridy udałem się do muzeum-twierdzy Trockiego, gdzie twórca Armii Czerwonej po rozbracie z Riverą skitrał się za pieniądze sympatyków ze Stanów Zjednoczonych. Skitrał się - należy zauważyć - nie do końca skutecznie, albowiem pomimo powznoszonych wieżyczek strażniczych i dość licznej ochrony 21 sierpnia 1940 roku został zaciukany czekanem przez katalońskiego agenta NKWD Ramona Mercadera. Oprócz opasłych tomów rewolucyjnych dzieł oraz grubych, na próżno pancernych drzwi, uwagę przykuwa ogrodowa kolekcja kaktusów, które z prawdziwą pasją Trocki zbierał na wycieczkach w okoliczne wzgórza, zostawiając w tyle młodszych od siebie o kilkadziesiąt lat zziajanych współpracowników. Drugim domowym hobby Lwa Dawidowicza była hodowla królików.
Na zdjęciu biurko, przy którym Trocki pracował i został śmiertelnie ranny. Sprzęt koło etażerki to mocno wczesna wersja dyktafonu na woskowe wałki. Jeśli wierzyć p. Wołoszańskiemu, Mercader zaszedł lwa rewolucji od tyłu i stanął po jego lewej stronie, tym samym odgradzając go od jako tako widocznego na zdjęciu guzika alarmowego.
A tutaj trochę street artu, jakim mur rezydencji ozdobiono:
Pozwiedzałem, poczytałem, przyszedł czas na rozrywkę co bardziej masowo-dynamiczną. Z meksykańską ekipą z hostelu wybrałem się więc na mecz na Estadio Azteca. Miejscowi, czyli América, podejmowali ekipę Monarcas Morelia w ramach drugiej kolejki Apertury (coś jakby runda jesienna, tylko zakończone niezależnym tytułem mistrzowskim). Na pierwszy gwizdek spóźniliśmy się dobre pół godziny, miejscowi przegrali 2:1, ale i tak było bardzo fajnie:
*
* - Tak, oto ja podczas imprezy sportowej z napojem alkoholowym w dłoni. Tutaj nikomu to nie przeszkadza. W trakcie meczu można się zaopatrzyć w piwo, czipsy, pizzę, lody, gorący kubek i czego jeszcze dusza zapragnie. Niestraszne to stadionowi, podobnie jak eksplozja radości kibiców drużyny przyjezdnej (aczkolwiek muszę przyznać, że betonowa posadzka drżała w posadach).
Wrzut jest o niedzieli, a mamy koniec czwartku. W międzyczasie latam po rozmaitych urzędach, gdzie podpisuję masę papierów, rozdaję zdjęcia i zapisuję różne ciągi alfanumeryczne. No a poza tym biorę się za investigación, bo w końcu za to mi płacą. To znaczy jeszcze nie płacą, ale obiecali, że zapłacą, a kryzys kryzysem, ale jak taki poważny kraj coś obiecuje, to się chyba tego będzie trzymał, czyż nie? Czyli na razie ja nie mam ich pieniędzy, a oni mojego planu pracy. Pod koniec miesiąca mamy się tym wymienić. Vamos a ver. Na razie w weekend wypuszczam się na pierwszą wycieczkę pozamiejską. A o kulinariach nie piszę, bo trzy dni z rzędu gotowałem sobie sam, więc odkryć jakichś wielkich nie poczyniłem. I jeszcze odnośnie datownika - wiem, sam znęcam się nad biurwami w urzędach i recepecjach, co wizyty wyznaczają na "czwarty sierpień", ale głupi software bloga takich niuansów nie łapie. Jak ktoś ma pomysł jak to zmienić, chętnie zaimplementuję. Anyway, do następnego.
Piąty dzień, a kwestii nowych co niemiara - ale to było do przewidzenia. No to może po kolei:
Mam mieszkanie. W znośnej cenie, z netem, telewizją, przemiłą właścicielką, jedną uliczkę od hostelu, w którym byłem, więc przeprowadzka trudna nie była. W moim docelowym pokoju mieszka do końca września odbywający staż w tutejszym Boschu Polak. Wódka z zakąską się nie zejdą czy jak tam szło... Do czasu jego wyprowadzki właścicielka odstąpiła mi swój pokój, sama się wyprowadzając do mniejszego. Cud kobieta. Mam też miejscowy telefon na kartę. Przed zbytnim samozadowoleniem skutecznie chroni mnie świadomość czekającego mnie kołowrotu w różnych lokalnych instytucjach imigracyjno-studenckich, w tym - być może - uzupełnienie dokumentacji medycznej.
Wieści z frontu turystycznego: w piątek przejechałem się do centrum, gdzie na dość obszernym placu Zócalo pokaźne miejsce zajmuje niebrzydka barokowa katedra. Problem w tym, że tuż obok stała sobie niegdyś Templo Mayor - wielka nahuatlańska (czyli, jak to się popularnie mówi, aztecka) świątynia. Zostały po niej niestety jedynie ruiny. Katedr jak ta jest w Hiszpanii dość sporo. Podobnych świątyni azteckich na świecie - już nie. Szkoda.
Pod katedrą łazi kataryniarz i gra melodię znaną chyba wszystkim:
Do placu przylega też parę długich budynków władz, w tym jeden, do którego akurat przyjeżdżał prezydent. Prezydentem Meksyku jest od pamiętnych wyborów w 2006 roku Felipe Calderón. Pamiętnych, bo według pokaźnej części obywateli Calderón owe wybory przegrał. Summa summarum, nie można go uznać za "prezydenta wszystkich Meksykanów".
Nasycony spalinami, gwizdkami protestujących i upałem, wróciłem do mojej pięknej dzielnicy. Wróciłem tak, jak przyjechałem, czyli metrem. Metro jest wielkie, najtańsze na świecie i ma gumowe koła, ale więcej napiszę o nim przy innej okazji.
Po powrocie na Coyoacán (czyli - z nahuatl - "miejsce kojotów") postanowiłem zapoznać się z bardziej ekonomiczną twarzą tutejszej gastronomii i poszedłem na coś w rodzaju wpuszczonego w zabudowę ulicy krytego bazaru, gdzie wokół kilkunastu stoisk z przygotowywaną na szybko strawą kłębią się rzesze miejscowych. Przegryzka kosztować będzie kilkanaście peso, syty obiad z napojem - trzydzieści pięć, czyli 7,50 pln. Ruch dość duży, a jak do tego na ulicy trwa akurat urwanie chmury, zgiełk przypomina nowojorską giełdę. Pozycje warte polecenia - taco z wołowiną i nopalitos, do tego nieźle przyprawione guacamole i sok z mango. Wersja dla głodniejszego - trzy sope z sosem, tartym serem i tymże samym przyprawionym guacamole. Byłem tam na razie trzy razy, zawsze wychodząc zadowolony, a że nie widziałem tam żadnego innego obcokrajowca, zdążyłem już zapaść w pamięć prowadzącemu moje ulubione stoisko. Tuż koło miejsca z jedzeniem jest duży zielony plac, przy którym stoi niewielki kościół, a na którym codziennie wieczorem rozstawiają się setki straganów z churros, lodami, kapeluszami i wszelkim kiczem. Co do lodów - wybitnie ciekawymi połączeniami okazały się sorbety z ananasa bądź mango z dodatkiem chili. Z zapitek praktykuję na razie jedynie coronę. Mezcal przyjdzie w swoim czasie.
W imieniu całej załogi dziękuję Państwu za trawienie czasu na blogu juruwmeksyku. W następnym odcinku: Frida, Trocki i piłka nożna.
Po dwudziestoczterogodzinnej podróży, z gigantycznym jet lagiem, bólem kostki i jakimiś pięćdziesięcioma kilogramami bagażu dotarłem do Meksyku. Jak na razie kwateruję w hostelu o całkiem stylowej przestrzeni wspólnej tudzież klimatycznych pokoikach á la cele więzienne. W tzw. najbliższej przyszłości postaram się jednakowoż rozejrzeć za jakimś pokojo-mieszkaniem na stałe.
Wrażenia z pierwszego dnia? - W Meksyku zdecydowanie później robi się jasno. Jechałem taksówką z lotniska koło 7:30 i gdzieś na horyzoncie słońce dopiero zaczynało poziomo wyzierać. W tychże nieśmiałych przebłyskach zdążyłem już zobaczyć Popocatépetl - liczący 5426 m aktywny wulkan, co nad miastem sobie góruje. - Miastem niemałym, ale to już wiedziałem przed przyjazdem. Na początku XX wieku Ciudad de México liczyło sobie 800 tys. mieszkańców, w 1980 roku - 12 mln, obecnie jego populację ocenia się na 25-30 mln. Największe miasto świata. Na średniej wysokości 2200 m nad poziomem morza, bez jakiejkolwiek przepływającej przezeń rzeki, za to z dwoma wulkanami. Czyli warunki pod osiedle ludzkie dość takie sobie. Nasuwa się antropologiczna refleksja - Po Jaką Cholerę Ludzie Się Tu Pchają?? - W trakcie krótkiej przechadzki w poszukiwaniu wyżerki napotkałem multum księgarni i stoisk z książkami tudzież podobne multum policji, w tym z bronią długą. O ile pierwsze może po prostu wyrażać charakter dzielnicy, to drugie jest chyba cechą charakterystyczną całego kraju. - Ameboza amebozą, ale do mycia zębów pod butelkowaną wodą się chyba nie przyzwyczaję...
PS: ze zdjęciami na blogu może być problem, albowiemż nie dokopałem się jeszcze do odpowiedniego kabelka cyfrówka-laptop. Jak się nie dokopię, znaczyć będzie, żem nie wziął. I będę musiał kupić. Jak na razie więc zdjęcie z komórki przerzucone bluetoothem: pierwszy posiłek Nowego Świata - mole con pollo y arroz, corona, w tym po lewej tortille (do których specyficznego zapachu jeszcze się nie przyzwyczaiłem), wszystko w całkiem niezłej knajpie z gatunku meksykańska klasa średnia i (doliczywszy kawę) za 28 złotych. Jak mi się żołądek przyzwyczai, uderzę na stragany - tam obiady chodzą po 7 złotych. Chodź może "chodzą" jest tutaj określeniem mało fortunnym...